Indie - kolory pustynnych miast

INDIE - kolory pustynnych miast

Dzień XIV-XV POŻEGNANIE W STYLU DABANGG

       Od kilku dni odwlekałem myślenie o tej chwili. Nie przyjmowałem do wiadomości, że taki poranek nadejdzie. Cóż z tego. Indyjscy myśliciele potrafią różne rzeczy z czasem czy swoim ciałem robić, ja niestety nie. Dlatego, jak codziennie, zmusiłem swoje ciało również tego dnia do wstania z łóżka i zderzyłem się z brutalną rzeczywistością. Oto nadszedł ostatni dzień. Co prawda nie ostatni dzień mojego życia (zawsze lepiej nie zapeszać mając przed sobą kilkugodzinny lot powrotny do kraju), po prostu ostatni dzień w Indiach. Śniadanie jem niespiesznie. Do czego tu się przecież spieszyć, program całej wycieczki już praktycznie zrealizowany, czeka nas tylko Sikandra, czyli ostatnie zwiedzane przez nas miejsce i droga powrotna do Delhi.

      Zazwyczaj po udanym wyjeździe cieszę się z powrotu do kraju, do oglądania zdjęć, do opowieści w gronie przyjaciół, do teściów, którzy przywitają ulubionym obiadem, do własnego łóżka, do psów, które niezmiennie merdają ogonami, do szarej zimowej rzeczywistości, do mrozów, do smutnych twarzy na ulicach... O nie, znów czarne myśli. Trzeba zebrać się w garść i cieszyć tym, co zostało. A więc ruszamy.

       Wpaść w czarną rozpacz nawet nie zdążyłem, gdy autokar się już zatrzymał. Sikandrę od Agry dzieli tylko 12 kilometrów, więc błyskawicznie jesteśmy na miejscu. Zwiedzamy tutaj mauzoleum Akbara, który sam, za życia jeszcze, czuwał nad architektonicznym wyglądem tego miejsca. Budowla ma cztery kondygnacje, pierwsze trzy z czerwonego piaskowca, w czwartej marmurowej umieszczono fałszywy grobowiec, prawdziwy grób wielkiego przywódcy skrywa podziemna krypta. Po tylu zachwycających miejscach, które widzieliśmy już wcześniej obawiałem się, że mauzoleum nie wzbudzi mojego zainteresowania. Jednak, głównie za sprawą lekko mistycznego nastroju, jest wspaniale. Słońce znajduje się o poranku nisko nad horyzontem, zapewniając ulubione przez fotografów światło dla robienia zdjęć, nad ziemią unosi się jeszcze delikatna poranna mgiełka, po otaczającym mauzoleum parku spacerują najprawdziwsze, sporych rozmiarów antylopy garny, a po palmach rosnących wzdłuż alejki prowadzącej do mauzoleum ganiają się wiewiórki. Ach! Indie nie przestają zadziwiać nawet ostatniego dnia. Ot zwykła tu sprawa – antylopy w parku w centrum miasta.

      Nic co piękne nie trwa wiecznie. Zazwyczaj piękne trwa jak na złość krótko. Byle jakie ma tendencję do trwania nieznośnie długo. Nie ma rady, trzeba wsiadać do autobusu i jechać do Delhi. W Delhi ostatnie zakupy prezentów i lot do Polski. Gdy jedziemy, postawiam skupić się na tym, co za oknem, łapczywie chłonąć ostatnie widoki, krajobrazy. Przejeżdżamy przez uprzemysłowiony region, zewsząd wyruszają robotnicy do pracy w pobliskiej hucie. Przez chwilę przed autokarem jadą robotnicy obwieszeni w dużej liczbie na pick-upie, śmieją się, machają do nas i to pomimo tego, że jadą do ciężkiej pracy, z której wrócą dopiero wieczorem, pomimo tego, że pracować będą w warunkach, w których nikt w Polsce nie chciałby pracować. Machają tak energicznie, że przez moment obawiam się, aby nie odpadli od samochodu, którym jadą. Ja macham im również, jednak mam tą przewagę, że podczas machania nie muszę się niczego trzymać. Gdy tak kontempluję codzienne życie przydrożne hindusów, moją uwagę zwraca doskonały humor naszego kierowcy – Goldiego. Jedzie wesoło podśpiewując sobie pod nosem, rytmicznie uderzając w rytm śpiewanej przez siebie piosenki w udo. Obraca się co jakiś czas, uśmiecha promiennie i żywo dyskutuje o czymś ze swoim pomocnikiem. Czyżby cieszył się, że wreszcie pozbędzie się tych upierdliwych turystów? Zaciekawiony pytam więc, co wprowadziło go w doskonały humor. Po chwili już wiem, jak mogłem o tym nie pomyśleć, wszak Goldi wraca do domu, mieszka w Delhi i po odstawieniu nas do hotelu, wreszcie po tylu dniach zobaczy się ze swoją żoną, weźmie na kolana swoich dwóch synów i zapyta co u nich. Będzie ze swoją rodziną. Prawdziwa sielanka. Cóż z tego, że potrwa 6 godzin, po czym wsiądzie w autobus i odwiezie nas o 1.00 w nocy na lotnisko, z którego odbierze następna grupę, z którą wyruszy na kolejny objazd. Sezon turystyczny nie trwa cały rok, teraz musi więc zarobić ile się da. Kilka godzin z rodziną to i tak dla niego wielkie szczęście. A ja tu od rana grymaszę, a cieszyć się trzeba ze zwykłych codziennych rzeczy, z tego, co się ma. Jego radość i dobre samopoczucie udzielają się i mnie. Pytam więc, co to za piosenka, którą śpiewa kolejny raz. Okazuje się, że to najnowszy hit – muzyka z  przeboju filmowego wyprodukowanego w Bollywood – Dabangg. Ku nieszczęściu naszej grupy pani pilot stwierdza, że ma płytę z muzyką z tego filmu, właśnie kilka dni temu kupiła. Wyjaśnić należy, ze kino indyjskie to prawdziwy fenomen – nas śmieszą efekty specjalne, naiwna fabuła itp. Miejscowi je jednak uwielbiają. Najbardziej nieprawdopodobne efekty specjalne, ciosy karate (powalenie jednym ciosem dziewięciu przeciwników czy przeskoczenie traktorem nad jadącym pociągiem) to u nich zwykła rzecz, a to dlatego, że aktorzy uważani są za pół-bogów, to nie są zwykli ludzie. Nie dziwi więc, że obdarzeni są takimi mocami. W każdym filmie ważną rolę odgrywa też taniec i muzyka – co rusz w fabułę wplecione są taneczne układy nieraz kilkuset osób. Popularny polski dowcip mówi o tym, że jeżeli w pierwszej scenie filmu z Bollywood jest młotek, to w ostatniej scenie na pewno zatańczy i zaśpiewa.

      W każdym razie Goldi płytę otrzymaną od pani pilot wkłada do odtwarzacza i odpływamy. Tzn. odpływa Goldi, jego pomocnik i ja. Trzy piosenki z tej płyty podobają mi się, są rewelacyjne. Fantastycznie pasują do mijanych widoków, do moich myśli o Indiach, do nastroju Goldiego. Puszczamy więc je raz za razem, w kółko przez godzinę, potem drugą. W tylnej części autobusu dochodzi do buntu. Udręczeni ludzie nie chcą już tego słuchać. Ale my dziś nie zważamy na nikogo, nie bierzemy jeńców, zawiązujemy z Goldim muzyczne przymierze i odrzucamy wszelkie sugestie dotyczące wyłączenia muzyki. Jeżeli dotychczas byłem niezbyt lubiany w grupie, to teraz do określenia miłości, jaką darzą mnie rodacy, zaczyna brakować skali. Kto by się jednak przejmował, gdy „Chori kiya re jiya” po raz dziesiąty pieści me zmysły, a po niej przecież poleci „Tera mast mast du naina”. Jest wspaniale, ponury nastrój prysł. Żona patrzy tylko jakoś tak dziwnie, chyba cieszy się, że już wracamy. Pewnie myśli, że ze mną już niedobrze – podoba mi się muzyka z indyjskiego filmu. Z kina, które dotychczas wyśmiewałem. Kiedy mówię, że muszę oglądnąć ten film, że jakoś go muszę w Polsce znaleźć, patrzy tylko i kiwa głową. Ma nadzieję, że mi przejdzie po powrocie do naszej polskiej „normalności”. I jak tu się przyznać, że w 14 miesięcy po tej podróży dalej słucham tych trzech piosenek? No cóż, Indie odcisnęły na mnie silniejsze piętno niż mogłoby się wydawać. Niby w miarę normalny a jednak skrzywiony. Skrzywiony przez ten niezwykły kraj. Po chwili postanawiam sobie coś, co powoduje, że zupełnie robi mi się lekko na duszy. Otóż postanawiam, że jeszcze na pewno do Indii wrócę. To nie są moje ostatnie godziny w tym kraju. Ja tu wrócę – pewnie nie do Radżastanu, ale są przecież nieznane mi Indie południowe, okolice Bombaju, Kalkuty, są wyprawy treningowe po indyjskich Himalajach. A więc to nie koniec, to zaledwie zakończenie pierwszego etapu zwiedzania Indii. Czuję się wspaniale po tym postanowieniu. Mówię o tym Goldiemu, postanawiamy to uczcić kolejnym odtworzeniem przebojów z Dabangg. Trzeba przecież czymś uciszyć protestujących z tyłu autokaru.

      Kiedy wjeżdżamy na przedmieścia Delhi, zdziwiony obserwuję kolejną niezwykłą scenę. Otóż tak na oko stu policjantów z długimi drewnianymi pałkami kontroluje przejeżdżające autokary. Zaglądają ciekawie do naszego, ale widząc turystów grzecznie się uśmiechają i przepraszają. Okazuje się, że przeciwnicy rządu zapowiedzieli na dziś marsz protestacyjny w Delhi, więc policja czeka już na autokary z protestującymi. Drewniane pałki w ich rękach także czekają. No cóż, Indie uważają się za największą demokrację na świecie – ponad miliard ludzi żyjących w demokratycznym kraju. Jednak drewniane pałki i dziesiątki policjantów nakazują pewną ostrożność w tym temacie, jest to bez wątpienia demokracja w stylu bardzo indyjskim.

      W Delhi znajdujemy jeszcze czas na spacer przed Lal Kila czyli Czerwonym Fortem wzniesionym w 1648 roku przez mogolskiego władcę Szach Dżachana. Fort ten widzieliśmy z okien autokaru pierwszego dnia naszego pobytu w Indiach. Doszło wtedy do małego zamieszania, ludzie byli oburzeni, że nie zwiedzamy fortu, a tylko patrzymy na niego zza szyb autokaru. Pani pilot tłumaczyła, że przecież tak jest w programie, że zwiedzać nie mieliśmy. By jednak zapobiec buntowi na pokładzie obiecała, że jak będzie czas to obejrzymy go ostatniego dnia, gdy znów będziemy w Delhi. Słowa dotrzymuje. Jednak dziś fort już nikogo nie interesuje – jakiś taki mało zajmujący jest po tych wszystkich, które już widzieliśmy. A pierwszego dnia wydawał się taki niezwykły. Radżastan zmienia jednak punkt widzenia. Trudno, zwiedzać jednak musimy, skoro sami chcieliśmy i się o to wykłócaliśmy.

        W hotelu jesteśmy o 17.00, do wylotu zostało niedużo czasu. Trzeba zrobić ostatnie zakupy, a później spakować się dokładnie i spróbować przespać choć chwilę przed wyjazdem na lotnisko planowanym o 1.00 w nocy. Ze znajomymi z Poznania ruszamy na miasto - stanęliśmy oto przed problemem nurtującym codziennie sporą część naszej grupy. Otóż musimy kupić alkohol. Kilku znajomym obiecałem butelkę przedniego indyjskiego rumu i czas słowa dotrzymać. W hotelu wytłumaczono nam, gdzie jest najbliższy sklep, ponoć niedaleko. Gdy jednak dochodzimy we wskazane miejsce, okazuje się, że go tam nie ma. Pytamy przechodnia, wskazuje nam inne miejsce, do którego dojść musimy przez krzyżówkę, której ruchem sterują policjanci. Ale w tym miejscu również nie ma sklepu. Pytamy znów i tym razem okazuje się, że to w przeciwnym kierunku i znów wędrujemy przez krzyżówkę. Po kilku przejściach przez tą samą krzyżówkę uświadamiamy sobie, że problem tkwi gdzieś indziej. Otóż pytani ludzie nie wiedzą gdzie jest ten sklep, niegrzecznie jednak byłoby turyście nie udzielić informacji, więc wskazują jak popadnie. Chcą po prostu być grzeczni. Na krzyżówce robi się niebezpiecznie – zafascynowani naszym kolejnym przejściem policjanci opuszczają ręce i gapią się na nienormalnych turystów łażących w tę i z powrotem. Powoduje to ogromne zamieszanie. Kiedy policjanci kierowali ruchem zamieszanie było spore, teraz ledwo udaje nam się przejść. Trudno, postanawiamy wrócić do hotelu, jakoś to znajomym wytłumaczę. Powiem, że się starłem, że naprawdę chciałem. Nie wyszło. W drodze powrotnej przechodzimy przez ulicę jubilerów, przed każdym ze sklepów strażnik z długą bronią. Jakoś się nieswojo czuję, gdy facet z karabinem zachęca mnie do odwiedzenia sklepu. Grzecznie odmawiam. Z naciskiem na grzecznie, kiedy patrzę w lufę karabinu.

        W hotelu okazuje się, że recepcjonista pomylił kierunki i sklep rzeczywiście jest dwie ulice dalej, tylko, że w przeciwnym kierunku. Rzutem na taśmę dokonujemy jednak zakupów. Czuję się teraz spełniony. Recepcjoniści, patrząc z rozbawieniem na karton z ośmioma butelkami rumu, pytają żartobliwie, czy robimy jakieś party. Odpowiadam z pełną powagą, że takie tam malutkie, bo przecież o 1.00 w nocy opuszczamy hotel. Uśmiech znika z ich twarzy zastąpiony przez zdziwienie. Chyba uwierzyli.

       O godzinie 2.00 jesteśmy już na lotnisku. Start samolotu o 3.30, mamy więc jeszcze sporo czasu. Czuję się piekielnie zmęczony, wyzywam więc na pojedynek hindusa śpiącego na pobliskiej leżance. Zajmuję sąsiednią i wdaję się w pojedynek na chrapnie. Po godzinie budzi mnie żona. Okazało się, że obudziłem swoim chrapaniem hindusa, który usiadł na swojej leżance i przez pewien czas mi się przyglądał. Na dodatek był to Sikh i jedną ręką pieścił swój kirpan – czyli długi nóż. Żona przestraszyła się, że zechce mnie uciszyć, zadziałała więc prewencyjnie. Nie ma straty, za chwilę startujemy a dzięki niewyspaniu lot do Istambułu mija mi błyskawicznie, nic kompletnie z niego nie pamiętam – spałem cały czas.

       W Istambule przesiadka. Po wyjściu z samolotu kierowani jesteśmy do dużej sali. Z niej przedstawiciele Turkish Airlines kierują nas do kolejnych samolotów. Stojąc słyszę nawoływania: Warszawa! Rio de Janeiro! Ruszam w kierunku wzywającego pasażerów do Rio de Janeiro. Zatrzymuje mnie żona. Nie musi mnie jakoś długo przekonywać, stwierdza tylko – I tak nie masz już zbyt wiele dolarów. Przyznaję jej rację i ustawiam się w grupce warszawskiej...

        Na koniec chciałem podziękować mojej żonie za to, że musiała to wszystko przejść razem ze mną i jeszcze mówiła, że jej się podoba. Dziękuję Alinie Strawczyńskiej za niezmordowane dopingowanie mnie do pisania kolejnych części, choć 1500 razy chciałem sobie dać już z tym spokój oraz za heroiczną walkę z legionami błędów. Rafałowi Klanowi za to, że był impulsem do powstania tego wiekopomnego dzieła. Dziękuję także moim współpracownikom, szczególnie pani Małgosi i Przemkowi Woźnemu za niezmordowane odpowiadanie na setki pytań – co o tym sądzą, czy to jest dobre, czy nie za głupie? A Wam drodzy czytelnicy dziękuję za wytrwałość. Naprawdę trzeba było sporo samozaparcia, aby przez tę pisaninę przebrnąć. W każdym razie to KONIEC – ciąg dalszy nie nastąpi.

 

A oto piosenki, którymi autor z Goldim katował współtowarzyszy podróży ostatniego dnia w autobusie:

  

Komentarze   

 
#7 marcin 2015-04-24 12:36
dzięki wielkie przeczytałem jednym tchem - i pojechałeś znowu do Indii?
 
 
#6 jendrula 2013-03-14 20:46
Ja dzieki tej relacji byłem na tej samej wycieczce,i jestem naprawdę pod wielkim wrażeniem Indji.
My jechaliśmy całkiem innym autokarem.kiero wca był oddzielony szybą od turystów.
Ale tak szczerze to mieliśmy więcej przygód.
Mozna by duzo pisać,ale jedno jest pewne na pewno tam jeszcze pojadę szkoda tylko że prawie wszystkiei wycieczki maja podobny program tzn we wszyskich jest Agra.
Pozdrawiam wszystkich zapalonych turystów,i jestem pewien że wszystkim się spodoba
 
 
#5 Ewa 2013-03-14 11:10
Już po raz kolejny przeczytałam Pańskie wspomnienia z Indii i przyznać muszę, że po tym opowiadaniu jestem jeszcze bardziej zauroczona tym krajem. Nie mogę się doczekać już wycieczki (tej samej) 22.03.2013 i ciarki mnie przechodzą na samą myśl, że zobaczę te same, piękne rzeczy. Pozdrawiam i dziękuję!
 
 
#4 fanka 2012-07-21 21:24
To znowu ja - jedna z trzech zainteresowanyc h. Byłam, widziałam, trafiło mnie. Tak pięknie jak Ty pisać nie potrafię, ale Indie południowe kuszą jak diabli (dobra, zarezerwowaliśm y na rok przyszły - jeśli dożyjemy). Pozdrawiam i dzięki za prześliczną relację.
 
 
#3 andrzej 2012-07-03 17:30
Wielki szacun za napisanie tego reportażu.
Czytałem z wielkim zainteresowaniem.
Myślę że odwalił Pan kawał dobrej roboty.
Dzięki temu utrwalił Pan sobie to wszystko głebiej,i nie zapomni wielu szczegółów.
Na pewno dzięki temu pojadę tam pod koniec września.
Pozdrawiam Andrzej
 
 
#2 ewa 2012-06-22 07:20
No i doczekałam się PEŁNEJ RELACJI z tej ciekawej podróży.
Duże dzięki!!! :)) Pod Twoim wyznaniem: "Indie odcisnęły na mnie silniejsze piętno niż mogłoby się wydawać"- podpisuję się i ja. Mnie także INDIE... ZACZAROWAŁY!
Szkoda, że Twoje- WYSPY BERGAMUTA nieczynne :(
Byłam ich fanką. Życzę kolejnych niezapomnianych wypraw.
I pisz..., bo robisz to z dużą swadą :) Będę zaglądać...
Pozdrawiam!- Ewa
 
 
#1 Justyna 2012-06-04 20:06
Szkoda, że to koniec, bo bardzo miło się czytało :). Dziękuję za opowieść :)
 

Ostatnie komentarze

  • Rafaello diTravelfan
    Hej ! Jestem świeżo po lekturze Twojej barwnej relacji z imprezy Kolory pustynnych ...

    Czytaj więcej...

     
  • www.
    Nie do końca ze wszystkim się zgodzę, ale w gruncie rzeczy dobrze napisane i będę ...

    Czytaj więcej...

     
  • Krystyna
    Brawo Janeczko - są miejsca,gdzie rządzi przyroda, a nie pseudoturyści jakiejkolwiek ...

    Czytaj więcej...

     
  • anastazja
    świetnie autor opisuje swoje wojaże w lutym i ja lecę do Indii i trochę się ...

    Czytaj więcej...

     
  • http://www.
    Bardzo dobrze powiedziane, w wielu kwestiach się zgadzam.

    Czytaj więcej...

Gościmy

Odwiedza nas 109 gości oraz 0 użytkowników.

Newsletter