Wietnam – 68 planeta od szczęścia

Wietnam – 68 planeta od szczęścia

Wietnam – 68 planeta od szczęścia

       Dla chłopaka przeżywającego swoją młodość na przełomie lat 70 i 80-tych Wietnam był nazwą magiczną. Symbolem. Wszyscy słyszeliśmy o dopiero co zakończonej wojnie wietnamskiej. Chłonęliśmy każdy amerykański film, a nie leciało ich wtedy zbyt wiele w telewizji i gdy padała nazwa Wietnam, byliśmy zafascynowani. Później nastąpiła era kaset VHS i pierwszych odtwarzaczy video. Wypożyczało się takie cudo, karton kaset i robiło ze znajomymi 24-godzinne maratony przed telewizorem. Gdy podczas filmu padały słowa „byłem w Wietnamie”, wypowiadający je gość jawił nam się od razu jako wspaniały żołnierz, bohater. Biały weteran bez ręki czy murzyn na wózku inwalidzkim – wystarczyło, że wypowiedzieli te słowa aby stać się dla nas bohaterami. Gdy na podwórku wyrośliśmy z zabawy w „Czterech pancernych” – najczęściej bawiliśmy się bez psa – odtwarzaliśmy wojnę wietnamską, oczywiście z przerwami na zabawy w Bruce’a Lee po każdorazowym wyświetleniu „Wejścia smoka” w kinie HEL we Wschowie.

Wietnam – Dzień I i II – Ekspres Wschowa-Hanoi

       Wszystko zaczęło się źle. Nie. W zasadzie to przesada. Bo źle zaczęła się podróż, natomiast przygotowania jak zwykle zaczęły się dobrze. I schematycznie. Na tydzień przed wyjazdem przyniosłem do sypialni walizki i codziennie pakowaliśmy do nich z żoną  potrzebne nam na podróż rzeczy. Wspaniały to okres, gdy wstając o 5.40 do pracy, zaspany potykałem się w ciemnym pokoju o walizkę. Samo potknięcie nie jest czymś szczególnie pożądanym, ale potknięcie o walizkę przypominało, że już za kilka dni zamienimy rutynę życia codziennego we wspaniałą przygodę. Sama podróż zaczęła się jednak źle. Pocieszałem się wtedy, że co się źle zaczyna, to się dobrze kończy. Skąd miałem wtedy wiedzieć, że skończy się także źle. Szczęście, że cały środek, a więc podróż po Wietnamie, był fantastyczny. Wszak w tej podróży nie początek i koniec miały być najważniejsze a właśnie ten środek, czyli Wietnam. I środek był znakomity.

Wietnam - Dzień III - Węże i żarłoczni Balańczycy

       Pierwsza noc w Wietnamie minęła tak jak powinna. W sumie, tak po prawdzie, to nie wiem jak minęła, bo spałem bardzo twardo, ale właśnie o to chodziło. Wstałem więc wyspany i z głębokim przekonaniem, że wszystko jest jak należy. Śniadanie również minęło bez problemów, po kulinarnych delicjach serwowanych nam na kolację wydało się co prawda skromne, ale to i dobrze. Niczego nie brakowało i zapewniało dobrą formę na całodzienne zwiedzanie Hanoi. Zbyt obfite mogłoby nas rozleniwić, a tak pełni werwy wsiadamy do autokaru. Po powitaniu się z przewodnikiem, który będzie nam towarzyszył przez kilka dni naszego pobytu w Wietnamie Północnym – młodym chłopakiem, który poprosił, by mówić do niego Duke, bo imię miał całkiem poważnie skomplikowane, ruszamy na zwiedzanie stolicy, drugiego co do wielkości miasta Wietnamu położonego w Delcie Rzeki Czerwonej. Pierwszy punkt programu, to - jakże by inaczej - Mauzoleum Ho Chi Minha.

Ostatnie komentarze

  • profile
    http://2ndhomeblog.net: http://2ndhomeblog.net

    Czytaj więcej...

     
  • e-lusterko.pl
    Artykuł niczego sobie. Będę tu częściej

    Czytaj więcej...

     
  • Rafaello diTravelfan
    Hej ! Jestem świeżo po lekturze Twojej barwnej relacji z imprezy Kolory pustynnych ...

    Czytaj więcej...

     
  • http://signilight-
    Super artykuł! Dziękuję bardzo, na pewno wrócę.

    Czytaj więcej...

     
  • www.
    Nie do końca ze wszystkim się zgodzę, ale w gruncie rzeczy dobrze napisane i będę ...

    Czytaj więcej...

Gościmy

Odwiedza nas 206 gości oraz 0 użytkowników.

Newsletter