Wietnam – 68 planeta od szczęścia

Wietnam – Dzień I i II – Ekspres Wschowa-Hanoi

       Wszystko zaczęło się źle. Nie. W zasadzie to przesada. Bo źle zaczęła się podróż, natomiast przygotowania jak zwykle zaczęły się dobrze. I schematycznie. Na tydzień przed wyjazdem przyniosłem do sypialni walizki i codziennie pakowaliśmy do nich z żoną  potrzebne nam na podróż rzeczy. Wspaniały to okres, gdy wstając o 5.40 do pracy, zaspany potykałem się w ciemnym pokoju o walizkę. Samo potknięcie nie jest czymś szczególnie pożądanym, ale potknięcie o walizkę przypominało, że już za kilka dni zamienimy rutynę życia codziennego we wspaniałą przygodę. Sama podróż zaczęła się jednak źle. Pocieszałem się wtedy, że co się źle zaczyna, to się dobrze kończy. Skąd miałem wtedy wiedzieć, że skończy się także źle. Szczęście, że cały środek, a więc podróż po Wietnamie, był fantastyczny. Wszak w tej podróży nie początek i koniec miały być najważniejsze a właśnie ten środek, czyli Wietnam. I środek był znakomity.

       A źle zaczęło się przez EURO 2012. Właściwie przez władze Poznania, PKP i parę innych instytucji. Bowiem to właśnie zimą, na kilka miesięcy przed rozpoczęciem mistrzostw Europy w piłce nożnej wpadli w Poznaniu na pomysł, że może jednak warto zacząć budowę nowego dworca, który i tak do EURO nie zostanie skończony. Zacząć warto, aby odwiedzający nasz kraj widzieli, ile się u nas buduje. Zaczęli więc budować zimą. Powiązane to było z remontem torowisk i ogromnymi perturbacjami w rozkładach jazdy pociągów. Mając świadomość, że na samolot spóźnić się nie możemy, wyruszyliśmy z Leszna odpowiednio wcześnie, tak aby mieć aż trzy pociągi z Poznania do Warszawy, którymi spokojnie zdążymy dojechać na czas. Niestety cały misterny plan wziął w łeb już w Poznaniu. Część pociągów, głównie osobowych, a takim jechaliśmy z Leszna, przed Poznaniem zatrzymywało się i czekało na możliwość wjazdu na remontowany dworzec. Pierwsze pół godziny i odjazd pierwszego z „naszych” pociągów przyjęliśmy z żoną bardzo spokojnie. Mijały jednak kolejne minuty i coraz bardziej realna stawała się wizja spóźnienia na następny pociąg. W tym momencie w naszym wagonie pojawiła się pani konduktor. Większość pasażerów próbowała uzyskać jakieś informacje lecz najbardziej zmotywowany byłem ja. Przyciągnąłem za rękaw panią konduktor do zajętych przez nas siedzeń, wskazałem na walizki i zapytałem, czy zdaje sobie sprawę, że jeden z pociągów nam już odjechał, że za 15 minut odjedzie następny a samolot nie będzie na nas czekał. W związku z tym żądam, abyśmy już wjechali na stację bo... Nie za bardzo wiedziałem, co kryło się pod tym moim „bo”, w każdym razie tytanicznym wysiłkiem udało mi się zachować spokój, a pani konduktor starała nam się pomóc. Zadzwoniła do sterujących ruchem pociągów na dworcu w Poznaniu i otrzymała wiadomość, że pozwolenie na wjazd dostaniemy za 15 minut. Wtedy to przekonałem się, że pot może być jednocześnie zimny i gorący. Nie zdążymy. Jednak pani konduktor nie traciła nadziei. Połączyła się z obsługą ekspresu Intercity, na który to chcieliśmy zdążyć i wymusiła na nich, że mają poczekać na dwójkę pasażerów, którzy muszą jechać i tyle. Ładnie się zaczyna, cały ekspres będzie na nas czekał. Dostaliśmy 10 minut. 10 minut szansy. Dar od PKP. Gdy nasz osobowy wjeżdżał na peron, staliśmy już z bagażami przy drzwiach. Tuż po otwarciu się drzwi ruszyliśmy niczym Usain Bolt po rekord świata. Niestety jednak, o ile Usainowi udało się go poprawić, tak my nie zdążyliśmy na ekspres. Pokonał nas ogromny tłok na dworcu, totalna dezinformacja i bałagan. Ekspres w ostatniej chwili wjechał i stał nie na tym peronie, który zapowiadano, dodatkowo na tablicach informacyjnych szukaliśmy Warszawy nie domyślając się, że Olsztyn to kierunek, którego szukamy. Olsztyn przez Warszawę. Dostaliśmy 10 minut a potrzebowaliśmy 11. Gdy dobrnęliśmy na odpowiedni peron, akurat minął nas ostatni wagon upragnionego ekspresu. W tym momencie opadły mi ręce, jednak być może spowodowane to było tym, iż nasze bagaże, które dźwigałem, sporo ważyły.

       Na szczęście ostatnie z możliwych połączeń nie zawiodło, Intercity z Krakowa przyjechał o czasie. Droga do Warszawy minęła nam komfortowo, aczkolwiek podróżowaliśmy w dużym napięciu. Była wszak zima, mogły zamarznąć tory, mogło gdzieś nasypać śniegu, a każde opóźnienie tego pociągu mogło powodować komplikacje w dostaniu się na lotnisko na czas. Próbowałem czytać książkę, ale zamiast skupić się na tekście sprawdzałem ilość pozostałych do przebycia kilometrów oraz prędkość pociągu i co chwilę obliczałem o której będziemy w Warszawie. Byliśmy o czasie. Nigdy jeszcze widok dworca centralnego nie wydał mi się tak wspaniały. Nie rozumiem dlaczego ludzie twierdzą, że jest brzydki – mnie wydał się wspaniały. Przesiadka na autobus miejski przyniosła też pewne komplikacje. Okazało się, że dworzec centralny - szczególnie jego część handlowa - był również w przebudowie. Nigdzie nie mogliśmy kupić biletów komunikacji miejskiej, a na automat nie mieliśmy drobnych. Po tym, co spotkało nas wcześniej pokonanie tego problemu nie było jednak niczym strasznym i kilkanaście minut później wkroczyliśmy do sali odlotów na Okęciu. Punktualnie udało nam się odebrać bilety. Zdaliśmy bagaż i już spokojnie, wreszcie bez presji czasu, delektowaliśmy się kawą z karmelem i ciastkiem w restauracyjce w strefie wolnocłowej. Po raz pierwszy nie przeszkadzały nam rachunki, jakie w tym miejscu trzeba za takie rarytasy zapłacić. Za tak błogi spokój warto zapłacić każą cenę.

       PLL LOT nie zawiodło tak jak PKP i punktualnie o 22.40 samolot z nami na pokładzie oderwał się od pasa startowego. Wreszcie mogliśmy na ponad dwa tygodnie pożegnać się z zimą i mrozem. Początkowo w pamięci miałem straszliwie rozgadane współpasażerki lotu do Indii i obawiałem się o to, kto siedzi obok. Tym razem trafiliśmy dobrze. Było rozkosznie cicho i spokojnie. Jedyny, niewielki incydent miał miejsce podczas kolacji. Spora grupa Litwinów – jakaś zorganizowana grupa wycieczkowa - postanowiła uczcić lot w kierunku Azji dużą ilością alkoholu. Wraz z podawanym wliczonym w cenę biletu jedzeniem zamawiali szampany, wina, wódki, piwa. Po pewnym czasie powstało wśród nich spore zamieszanie. Odkryli, że za ten alkohol będą musieli zapłacić, że wszystkie napoje bezalkoholowe były serwowane gratis, natomiast za alkohol trzeba płacić. Szczęśliwi towarzysze Litwini, którzy nie zdążyli jeszcze otworzyć butelek, zwracali je zdezorientowanym stewardesom. Niestety część zdążyła się już raczyć alkoholem i otwartych butelek oddać nie mogli. Po ich minach wnioskowałem, że raczej im nie smakowało. Po kolacji zrobiło się niespodziewanie cicho w całym samolocie. Jeszcze nigdy, podczas żadnego lotu, który odbyłem nie było tak spokojnie. Zmęczony bojami z PKP opatuliłem się kocykiem i zasnąłem. Cudowny sposób na spędzenie lotu. Kiedy się obudziłem, do Hanoi, mieliśmy już tylko 1,5 godziny podróży. W Polsce był ranek a w Wietnamie popołudnie, w samolocie akurat zaczęto serwować śniadanie. Taki lot LOT-em to ja rozumiem.

       Wszelkie lotniskowe formalności przebiegły bez problemu i dość szybko znaleźliśmy się w hotelu położonym w samym centrum Hanoi. Tego dnia nie mieliśmy w planie żadnego zorganizowanego zwiedzania, jedynie powitalną kolację za kilka godzin. Mieliśmy więc czas na odpoczynek lub spacery po centrum. Ponieważ wyspaliśmy się w samolocie, natychmiast po przyniesieniu walizek do pokoju ruszamy na miasto. Przemierzamy pierwsze uliczki, pstrykam pierwsze zdjęcia. Jak zawsze przy inicjacyjnym kontakcie wszystko jest niezwykłe i takie inne od tego, co zostawiliśmy w zimowej Polsce. Zaskakuje nas w pierwszej chwili ogromna liczba ulicznych barów - najczęściej w postaci plastikowych krzesełek i stolików rozstawionych wprost na chodnikach. Chyba nikt w Wietnamie nie jada w domu. Wszędzie pełno ludzi jedzących na ulicach. Ale czy można temu się dziwić, skoro jedzenie jest niezwykle tanie (obiad za dolara lub dwa nie jest niczym dziwnym) i przede wszystkim pyszne. Pyszne bez wyjątku. Choć może to wydać się niewiarygodne i dziwne, to mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że nigdzie w Wietnamie nie trafiliśmy na niedobre jedzenie. A jedliśmy naprawdę wiele, ale tutaj się inaczej nie da.

       Robimy sobie zdjęcie, które każdy turysta z Wietnamu przywieźć musi, a więc z paniami w tradycyjnych kapeluszach z wszechobecnymi tu nosidełkami na ramionach. Rzednie mi mina, gdy jedna z pań zakłada mi na ramiona swój mały przenośny warzywniak i z podziwem stwierdzam jakie ciężary potrafią przenieść te drobniutkie i szczuplutkie kobiety. Ja raczej bym daleko z tym nie zaszedł. Nigdy nie planowałem otwarcia warzywniaka a do przenośnego już zupełnie się nie nadaję. Nauczony zwyczajem z wielu krajów, wyciągam dwóm pozującym przez dłuższą chwilę paniom po dolarze. Niespodziewanie trafiam na niezrozumienie. To moja pierwsza lekcja, że Wietnam to nie Indie, nie Maroko, Egipt czy inny z odwiedzanych przeze mnie krajów. Wietnamki patrzą to na mnie, to na siebie i za cholerę nie potrafią zrozumieć, o co mi chodzi. Za co daję im pieniądze? Stwierdzają, że pewnie chcę kupić ananasa. Tacy biali najczęściej kupują ananasa. Pakują mi więc za te dwa dolary pół reklamówki obranego już owocu. Z początku, nie odczuwając potrzeby zakupu ananasa, odmawiam informując, że to za foto. Panie nie chcą za foto. Pozowały, bo miały nadzieje, że w zamian coś kupię. Ale za foto nie chcą. Poddaję się. Skoro miałem mieć tylko zdjęcia, a mam i zdjęcia i ananasy, to w czym problem. Dostałem przecież więcej niż chciałem. A ananas konsumowany w pokoju hotelowym okazał się niezwykle soczysty i pyszny, nie taki jak z marketu w Polsce. Postanawiam codziennie spożywać trochę ananasa, tak na zapas. Kto wie, kiedy następnym razem będę miał taką okazję. Martwi mnie tylko jedno, robię dużo zdjęć, jak za każdym razem i gdy po zrobieniu każdego zdjęcia będę musiał coś w zamian kupić, to co zrobię z taką ilością jedzenia? Tym bardziej, że już pierwsza kolacja przekonała mnie, że jedzenia to nam w Wietnamie żałować na pewno nie będą. Może więc uda opychać się te jednodolarówki bez wymiany za towar.

       Na kolację ruszamy po krótkim odświeżeniu się. Umyci, przebrani, wypoczęci po locie. Nastroje grupy iście doskonałe. W restauracji, do której przyjechaliśmy, po krótkim przywitaniu rozsądzają nas przy stolikach i podają kartę dań naszej kolacji. Przelewki się skończyły. 7 dań onieśmiela nawet takiego miłośnika podjadania jak ja. Na szczęście porcje okazały się nieco mniejszej wielkości niż te którymi raczą nas zazwyczaj w ojczyźnie i dzięki temu wszystkie siedem dań szczęśliwie znalazło drogę do mojego żołądka. Nie wiem jak żołądek, ale ja byłem szczęśliwy. Jeszcze w Polsce w wielu przewodnikach natknąłem się na informacje, że kuchnia wietnamska jest najlepsza na świecie, ale podchodziłem do nich nieco nieufnie. Po pierwszym posiłku nie byłem już tak sceptyczny. Powoli stawałem się wręcz entuzjastą takiej tezy. W kuchni wietnamskiej, oprócz tradycyjnych smaków, dostrzec można wpływy kuchni francuskiej (wszak wiele lat Francuzi zajmowali Indochiny), kuchni chińskiej oraz indyjskiej. Co najważniejsze, w Wietnamie nic nie jest gotowe na zapas, odgrzewane. Wszystko robią na poczekaniu – zamawiasz i masz to przyrządzane ze świeżych składników. Co dziwne, trwa to nieraz krócej niż odgrzanie czegoś w Polsce. Ale gdy nieco później w Sajgonie miałem okazję zobaczyć ile osób pracuje w takiej restauracji, już nic mnie nie dziwiło. Ważne są także przyprawy. Nie znają tutaj suszonych - przyprawy muszą być świeże, inaczej nie można ich nazwać przyprawami. W każdym razie po kilku minutach, najpierw na stole, później w moim układzie pokarmowym lądują między innymi: zupa Pho (mistrzostwo świata, tak dobra jak rosół mojej babci, od tej zupy zaczynać będę już codziennie każdy posiłek), pierożki z mięsem krewetek, ryż z kurczakiem i orzechami nerkowca w sosie sojowym, sajgonki, ryba z warzywami, sałatka z orzecha kokosowego i ciasto z karmelem. Wszystko jest tak dobre, że ignoruję kontrolkę z napisem PEŁNY, która zapaliła się gdzieś przy czwartym daniu. Jedząc cieszę się, że pałeczki, które rozdano wszystkim na początku kolacji mniej wprawni mogli zamienić na tradycyjne dla nas sztućce. Uczyniło tak 90% naszej wycieczki - nauczeni doświadczeniem byli tu przygotowani na Europejczyków co po ludzku zjeść nie potrafią. Jedzenie pałeczkami zupełnie mi nie wychodzi, chyba umarłbym z głodu, gdybym był zdany tylko na nie, nawet samo trzymanie w moim wydaniu wychodzi jakoś, tak delikatnie mówiąc, niezręcznie. Za kilka dni, pod koniec naszego objazdu, zatryumfuje jednak moja wrodzona upartość i codzienne ćwiczenia. Przed każdym bowiem posiłkiem z uporem godnym lepszej sprawy, trenuję posługiwanie się pałeczkami. W Sajgonie uda mi się zjeść nimi cały posiłek, co prawda wysiłek będzie porównywalny do wykopania kilku metrów rowu, ale nie tracę nadziei, że kiedyś uda mi się bardziej technicznie niż siłowo podchodzić do sprawy.

       Po godzinnej kolacji lądujemy znów w hotelowym pokoju. Ale jak tu położyć się spać z tak pełnym żołądkiem? Postanawiamy z żoną udać się na kolejny spacer. Tym razem „Hanoi by night”. Tak dla zdrowotności. Spacerujemy w kierunku jeziora Opadającego Miecza, znajdującego się w centrum miasta. Jadłodajnie rozłożone na chodnikach pełne ludzi, dolatujące z ich strony zapachy naprawdę znakomite. Jak dobrze, że żołądek pełny i dzięki temu bez przykrości można kontynuować slalom pomiędzy jedzącymi. W parku otaczającym  jezioro kolejne zaskoczenie. Całkiem sporo tych zaskoczeń jak na jedno popołudnie. Otóż w jednej parkowej alejce odbywa się kurs tańca pod gołym niebem. Kilkanaście par pod okiem żywiołowej instruktorki, przy sporych kolumnach wystawionych bezpośrednio na trawie, ćwiczy kroki jakiegoś nieznanego mi tańca towarzyskiego. Nie przeszkadza im tłum gapiów ani nawet mimowolne pozowanie do zdjęć. Ćwiczą sobie na dworze, na świeżym powietrzu i wygląda na to, że dobrze się bawią. Rozpiętość wiekowa także spora. Są młodzi i starsi. Nikt się nie wstydzi. Niesamowite.

      Co kawałek rozkładam statyw i robię zdjęcia. Okazuje się, że Wietnamczycy kochają zdjęcia. Sami również dużo fotografują. Gdy tylko rozłożę statyw i ustawię się z żoną w pewnej odległości, aby znaleźć się w kadrze używając samowyzwalacza, od razu zbiera się grupka gapiów obserwujących na ekranie wyświetlacza, jak wyszło zdjęcie. Jak wyszło dobrze, cieszą się i pokazują nam kciuk uniesiony do góry. Zresztą, jak się nie uda też się cieszą. Po prostu cieszą się cały czas. Robienie zdjęć to wszak fajna zabawa.

       Po dwóch godzinach, gdy robi się już późno, wracamy do hotelu. Pora spać, jutro całodzienne zwiedzanie Hanoi, więc będzie się działo pewnie wiele ciekawego. Leżąc w łóżku dochodzę do wniosku, że nasz pokój musi znajdować się gdzieś nad kuchnią, bowiem wydaje mi się, że czuję różne smakowite zapachy. Zasypiam, myśląc że naprawdę jestem w kulinarnym raju. Co najwyżej po powrocie przez jakiś czas nie będę na żadną wagę wchodził. I jakoś to będzie.

Ostatnie komentarze

  • Rafaello diTravelfan
    Hej ! Jestem świeżo po lekturze Twojej barwnej relacji z imprezy Kolory pustynnych ...

    Czytaj więcej...

     
  • www.
    Nie do końca ze wszystkim się zgodzę, ale w gruncie rzeczy dobrze napisane i będę ...

    Czytaj więcej...

     
  • Krystyna
    Brawo Janeczko - są miejsca,gdzie rządzi przyroda, a nie pseudoturyści jakiejkolwiek ...

    Czytaj więcej...

     
  • anastazja
    świetnie autor opisuje swoje wojaże w lutym i ja lecę do Indii i trochę się ...

    Czytaj więcej...

     
  • http://www.
    Bardzo dobrze powiedziane, w wielu kwestiach się zgadzam.

    Czytaj więcej...

Gościmy

Odwiedza nas 90 gości oraz 0 użytkowników.

Newsletter