Indie - kolory pustynnych miast

INDIE - kolory pustynnych miast

Dzień V - Święty włos i szachy drogowe

Mleko od świętych krów dla świętych szczurów Pobudka jest dość wczesna i naturalna. Naturalna, bo nie budzi nas telefon lub budzik a dźwięki dobiegające zza namiotu. O ile oczywiście za naturalne odgłosy można uznać rozmowę dwóch osób z grupy imprezującej. A że to członkowie tej grupy, rozszyfrować można po problemie przed jakim stanęli zaraz po pobudce. Otóż uznali, że przesadzili wieczorem z alkoholem, więc dzień trzeba zacząć od setki wódki. Podobno pomoże.

 

Wszyscy są szczęśliwi, bowiem Pustynia Thar okazała się prawdziwym rajem dla grupy imprezującej. I choć nasze obozowisko to nie oaza, wieczorem trysnęło prawdziwe źródło alkoholu. Organizatorzy safari mieli już widocznie do czynienia z polskimi grupami, ogłosili więc przy kolacji, że oto ofiarują wszystkim bezpłatną whisky i rum. Po upewnieniu się, że to jest na pewno za „free”, ruszyli rodacy do stołu pełniącego funkcję baru. Sam również skosztowałem rumu z colą (smakował przednio) a doszedłem do tego wniosku już po dwóch drinkach. Jednak wiele osób nie poczuło od razu smaku i kosztowało dalej. Jak się okazało następnego dnia, kosztowali tak do drugiej w nocy. Na szczęście spaliśmy twardo i dźwięków związanych z degustacją nie słyszeliśmy.

 

Dzień V (1.03.2011r.) Karni Mata – Bikaner

ŚWIĘTY WŁOS I SZACHY DROGOWE

Śniadanie jemy jeszcze na pustyni. Cała poranna toaleta to umycie zębów za namiotem. Zresztą wieczorna wyglądała tak samo. Dobrze więc, że autokar ma sprawną klimatyzację - z pewnością dziś przyda się szczególnie. Po dotarciu do wioski, z której wyruszaliśmy na safari oraz kolejnej godzinie jazdy autokarem, zatrzymujemy się w Deshnok, leżącym 35 kilometrów od głównego celu dzisiejszego dnia - Bikaneru. W Deshnok znajduje się bardzo ciekawa świątynia – Karni Mata zwana potocznie Świątynią Szczurów. Największą atrakcją świątyni, jak nietrudno się domyślić, są szczury. Jest tu ich kilka tysięcy i z pewnością miejsce te nie kojarzyłoby się zbyt dobrze królowi Popielowi, zwłaszcza, że tutejsze szczury bardziej przypominają wyglądem nasze myszy. Miejscowa legenda głosi, że bogini Karni Mata po rozpaczliwych błaganiach rodziców poprosiła Jamę - boga śmierci o przywrócenie życia jednemu zmarłemu dziecku. Jama stwierdził, że zabrał już duszę tego dziecka i sprawę załatwił odmownie. Obrażona bogini w odwecie zadecydowała, że odtąd dusze jej ludu nie będą już trafiać w ręce Jamy, a zmarli wcielać się będą w ciała szczurów, by później móc odrodzić się w ludzkiej postaci. I tak oto miejscowi czczą kilka tysięcy swoich przodków zmienionych w szczury.

Lew o odchodach gołębi myślał to samo co ja Jak zwykle, zanim wkraczamy do tej pięknej świątyni wykonanej z białego marmuru, tradycyjnie już musimy zdjąć obuwie. W butach do świątyni wejść nie można, tym bardziej, że trzeba uważać, aby szczura nie rozdeptać. Wszyscy oprócz mnie zaopatrują się w foliowe ochraniacze na stopy. Mimo protestów żony stwierdzam, że tacy twardziele, co szczurów się nie boją, nie potrzebują foliowych bucików. Po pięciu minutach brnięcia w odchodach gołębi i szczurów zmieniam zdanie. Kiedy biegnę po buciki, czuję na plecach triumfujące spojrzenie żony. I tak to nieraz zwykłe g...  pokrzyżuje nasze plany. Nie myślę jednak o porażce zajęty obfotografowywaniem wszystkiego co się rusza w świątyni, czyli setek szczurów i kilkunastu wiernych. Szczury piją z rozłożonych dla nich mis pełnych mleka a przy głównym ołtarzu mają także inne jedzenie. Jedzenie, które skosztuje szczur jest święte i zaszczytem dla wiernych jest zjeść taki specjał lub napić się mleka z mis, z których piły szczury. Jakoś jednak nie jestem głodny. Za to muszę mieć koniecznie zdjęcie ze szczurami. Kucam koło dwóch mis z mlekiem otoczonych przez szczury i uśmiecham się w kierunku stojącej z aparatem żony. Uśmiech mi jednak nie za bardzo wychodzi, bowiem moją ręką, opartą o murek w pobliżu jednej z mis, bardzo interesuje się szczur. Coś w moim zapachu bardzo się szczurowi podoba. NicKarni Mata - czyli kilka tysięcy świętych szczurów dziwnego - na pustyni nie było prysznica i dużo czasu minęło od mojej ostatniej kąpieli. Szczur po obwąchiwaniu przechodzi na następny poziom kontaktów na linii moja ręka – szczury i zaczyna skubać mnie za jeden z włosów. W sumie włosy na ręce mam chyba najdłuższe, to łatwo mu skubać. Uśmiech przeradza się szybko w bliżej nieokreślony grymas. Na dodatek żona zdjęcia nie robi, bo czeka aż zademonstruję bardziej naturalną minę. Robienie naturalnej miny ze szczurem skubiącym mój włos na ręce jest niezwykle dla mnie trudnym zadaniem. I chyba nie do końca mi się udaje. Koleżanka z pracy, której po powrocie pokazałem to zdjęcie, zapytała tylko: „Krzysiek, czemu na tym zdjęciu jesteś taki smutny?”. Widocznie smutek podobny jest do paniki.

Napić się mleka uświęconego przez szczury to zaszczyt Wychodząc ze świątyni pogrążam się w rozważaniach natury teologicznej. Skoro jedzenie, które zostaje nadgryzione przez szczura jest święte, to czy święty jest mój skubany (pewnie i nadgryziony) włos? A może dzięki włosowi cały jestem święty? Może jestem jedną wielką chodzącą relikwią? Żona wyśmiewa mnie, kiedy dzielę się z nią tymi spostrzeżeniami. Na wszelki wypadek postanawiam sprawdzić wieczorem przy goleniu, czy nie pojawia się jakaś aureola w okolicach mojej głowy.

Po kilkunastu minutach jazdy jesteśmy w Bikanerze. Na przedmieściach zatrzymujemy się w zajeździe dla turystów, w którym mamy do dyspozycji kilka pokoi z łazienkami i możemy wziąć prysznic. Przecież jedziemy zwiedzać fort w Bikanerze i nie wypada pachnieć wielbłądami, szczurami i niemytym od dwóch dni ciałem. Po niecałej godzinie zrelaksowani i pachnący wkraczamy do fortu Dżunagarh. Zbudowany w XV wieku fort kryje w sobie piękne pałace i świątynie, co ciekawe nigdy także nie został zdobyty. Jeszcze przed wejściem do środka oglądam mury fortu z zewnątrz i zupełnie nie dziwi mnie, że nie został zdobyty. Wysokość i grubość murów budzą szacunek. Jeżeli wierzyć historii, fort i miasto powstało w 1488 roku, założycielem był Rao Bik, młodszy syn Rao Dżodhy - założyciela Dżodhpuru. Widać taka rodzina, każdy lubił sobie jakieś miasto założyć. Rao Bik otrzymał od ojca własną armię i polecenie znalezienia sobie swojego miejsca w pewnym oddaleniu od Dżodhpuru, miało to zapobiecTuk-tuki przed fortem w Bikanerze wojnie o sukcesję tronu ze starszym bratem. Zastanawiam się czy czasem do Rao Dżodha nie dotarły informacje o Bolesławie Krzywoustym i rozbiciu dzielnicowym Polski. W Europie jednak trudniej zdobywało się ziemię i jakoś tak więcej chętnych było do szukania swojego miejsca w sąsiedztwie. Szczególnie kraje, z którymi graniczyliśmy w tym gustowały.

Spacerujemy przez liczne dziedzińce i zachwycamy się wyglądem fortu. Podobno dlatego, że powstawał pośród surowych ostępów, budujący go ludzie wkładali wiele wysiłku w jego upiększanie. Wśród osób z zacięciem fotograficznym w naszej grupie dochodzi do pierwszych dramatów. Wszak każdy kolejny dziedziniec fortu jest ładniejszy od poprzedniego i każdy trzeba obfotografować. Niestety, przeciwko takiej ilości zdjęć protestują wszelkiego rodzaju baterie i akumulatorki w aparatach. Nocowaliśmy w namiotach a nie w hotelu i nie było jak podładować tychże baterii i akumulatorów po dniu poprzednim. Nie wszyscy chyba przewidzieli, że zazwyczaj prąd na pustyni nie występuje w nadmiarze a namioty nie mają instalacji elektrycznej. Z tego powodu pod koniec zwiedzania fortu już mało kto robi zdjęcia. Jak przyjemnie w tej chwili ciążą mi w torbie z aparatem dwa zapasowe akumulatorki.

Dziedzińce fortu Dżunagarh Po zwiedzeniu fortu opuszczamy Bikaner. Musimy jeszcze dzisiaj dojechać do Dżajsalmeru, w którym mamy nocleg. Po dwóch bogatych w wydarzenia dniach i noclegu na pustyni wiele osób zdradza oznaki zmęczenia. Kiedy pani pilot opowiada w autokarze o słynnym wielbłądzim wojsku z Bikaneru i trzech rodzajach wielbłądów spotykanych w Radżastanie, większość osób przysypia. Choć nie jest to z pewnością wina poruszanej tematyki. Pewne ożywienie w autokarze następuje, gdy wyjeżdżamy już z Bikaneru i stajemy przed przejazdem kolejowym. Oto naszym oczom ukazuje się Maharajas Expres, ekskluzywny pociąg, którym niegdyś podróżowała rodzina maharadży i jego goście. Ekspres widocznie dojeżdża do jakiejś stacji, bowiem porusza się z niewielką prędkością i możemy spokojnie podziwiać przez dziesięć minut czterdzieści wagonów, z których każdy nosi inną nazwę. W każdym razie jest to miła odmiana po oglądaniu na co dzień niezbyt zadbanych pociągów PKP. Jednak jak to w życiu bywa, co za dużo, to niezdrowo. Pociąg nie dojeżdżał do stacji tylko zmieniał tor, bowiem po chwili znów przetacza się przed nami Maharajas Expres, znów z prędkością niegodną ekspresu i znów przez dziesięć minut podziwiamy czterdzieści wagonów, tym razem w odwrotnej kolejności. Nikt już jednak nie zachwyca się ekspresem. Prawdę mówiąc prawie nikt, kierowca i my siedzący na pierwszych miejscach podziwiamy, bo jakoś w tym momencie nic innego do roboty nie ma. Kiedy Maharajas Expres przetoczył się przed naszymi oczyma po raz drugi, wszyscy w autobusie z napięciem śledzą, czy oto wreszcie podniesie się szlaban, czy czasem znów nie pojawi się po raz trzeci. Jednak nie, szlaban grzecznie wędruje do góry, a my jesteśmy świadkami niezwykłego spektaklu drogowego. Oto rozpoczynają się szachy drogowe. W przeciwieństwie do klasycznych szachów nie jest to gra dla dżentelmenów, ale intelekt i silne nerwy są tutaj pożądane, podobnie jak i w klasycznej wersji. Postaram się w skrócie opisać zasady tej gry. Otóż po jednej i drugiej stronie szlabanu kolejowego na dwupasmowej drodze ustawia się pięć rzędów pojazdów wszelkiego rodzaju: samochodów, ciężarówek, tuk-tuków, wozów z zaprzęgniętymi wielbłądami, do tego pomiędzy pojazdy wciskają się jeszcze skutery i rowerzyści. I oto podniesienie szlabanu staje się sygnałem do rozpoczęcia gry, która polega na tym, żeby pojechać w swoją stronę, pomimo tego że z naprzeciwka całą szerokością ulicy i pobocza suną pojazdy. Kto ma większy pojazd lub silniejsze nerwy zazwyczaj wygrywa, słabsi uciekają na boki, niejednokrotnie po torowisku. Chaos jest straszny. Co dziwniejsze nikomu jednak nie dzieje się krzywda i po pewnym czasie i przejechaniu kilkuset metrów wszystko na drodze wraca do normy. A więc jednak to ja się pomyliłem, w pewnym sensie jest to gra dla dżentelmenów. W Polsce, gdyby doszło do czegoś takiego, ludzie już dawno by się pozabijali, wszyscy krzyczeliby na siebie i wymieniali pozdrowieniami, bynajmniej nie z rodzaju „pokój nam wszystkim”.

Zwiedzanie fortu w Bikanerze potrafi zmęczyć Powoli zaczyna się ściemniać a my jeszcze jesteśmy w drodze do hotelu. Goldi, jak na Sikha przystało, odmawia o zachodzie modlitwę Rehras. Po kilku minutach zaczynam się obawiać, że być może to nie jest codzienna wieczorna modlitwa a brata się on ze swoim Bogiem, bowiem zaczyna robić na drodze rzeczy, których dotychczas nie robił. Z pewnością on też jest już zmęczony i chce dojechać do celu, ale nie jest to chyba powód, aby łamać święte zasady ruchu drogowego w Indiach. Tak wiem, wspominałem, że w Indiach żadne przepisy drogowe nie obowiązują. I dlatego właśnie, że przepisy nie obowiązują, ważne są zasady. Wszystkie zasady to właściwie jedno rozbudowane zwyczajowe prawo pierwszeństwa na drodze. I tak riksza ma najgorzej, musi ustąpić wszystkim, pierwszeństwo nad rikszą ma tuk-tuk, nad nimi zaprzęgi ciągnięte przez wielbłądy lub woły, te z kolei ustąpić muszą samochodom, samochody nie konkurują z autobusami, im większy autobus tym lepiej. Na samym szczycie pokarmowej drabiny drogowej stoi ciężarówka i niekoniecznie musi być dużo większa od autobusu, nikt z tak poobijanymi ciężarówkami jakie można spotkać w Indiach konfrontacji nie będzie ryzykował. Zazwyczaj grzecznie czeka się na okazję, aby poruszające się z zawrotną prędkością (od 40 do 80 km na godzinę) ciężarówki wyprzedzić. Co ciekawe, prawie wszystkie ciężarówki to produkty firmy TATA lub LEYLAND, innych marekMury fortu budzą respekt praktycznie nie widać. Goldi tego wieczoru nie czeka na nic. Recytując słowa modlitwy, wypowiada wojnę ciężarówkom. Wyprzedza to z lewej, to z prawej strony, poboczem, środkiem drogi, wciskając się pomiędzy dwie ciężarówki i rozpychając je na boki. Ryzykownie szybko najeżdża na spowalniające progi. Po pewnym czasie w autokarze nie spieszy się już nikomu. Chętnie spędzilibyśmy pół godziny dłużej w trasie w zamian za spokojniejszą jazdę. Nic z tych rzeczy, Goldi gna jak szalony. Dopiero w hotelu dowiaduję się dlaczego. Dzisiaj na mistrzostwach w krykieta Indie grają z Anglią. W Indiach to rzecz święta, każdy występ "men in blue" to wydarzenie. Warto dla niego zaryzykować życiem paru pasażerów.

Na szczęście cało wylądowaliśmy w hotelu. Jem szybko kolację i podobnie jak większość hindusów również zasiadam przed telewizorem i oglądam mecz. Jeszcze nie rozumiem wszystkich zasad (tak naprawdę jakieś 80%), ale już na Sri Lance oglądałem krykieta i nawet mi się podobało. Mecz trwa aż cztery godziny, a Indie remisują z Anglią. Mam nadzieję, że Goldi uzna to za dobry wynik. A nawet gdyby nie, to jutro bardzo mało czasu spędzimy w autobusie. Jesteśmy tylko kilka kilometrów od Dżajsalmeru.

Komentarze   

 
#2 anastazja 2015-08-12 14:20
świetnie autor opisuje swoje wojaże w lutym i ja lecę do Indii i trochę się naprowadzam tymi opowieściami bardzo mi się podoba charakter tych opowiadań można nazwać satyrycznych opowiadań pozdrawiam autora i czekam na więcej opisów świata.
 
 
#1 mieszkanka 2011-05-06 07:48
Od dawna nie czytałam tak fajnych relacji z podróży.Nigdy nie będę w Indiach(z różnych powodów),ale dzięki tym relacjom poznam choc troche ten kraj.Czekam na dalsze opisy tej wyprawy.
 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Ostatnie komentarze

  • profile
    http://2ndhomeblog.net: http://2ndhomeblog.net

    Czytaj więcej...

     
  • e-lusterko.pl
    Artykuł niczego sobie. Będę tu częściej

    Czytaj więcej...

     
  • Rafaello diTravelfan
    Hej ! Jestem świeżo po lekturze Twojej barwnej relacji z imprezy Kolory pustynnych ...

    Czytaj więcej...

     
  • http://signilight-
    Super artykuł! Dziękuję bardzo, na pewno wrócę.

    Czytaj więcej...

     
  • www.
    Nie do końca ze wszystkim się zgodzę, ale w gruncie rzeczy dobrze napisane i będę ...

    Czytaj więcej...

Gościmy

Odwiedza nas 130 gości oraz 0 użytkowników.

Newsletter