Wywiady

Wywiady

Trwa "wojna o seks". Jak ją wygrać?

Honorata Jarosz jest nauczycielką wychowania do życia w rodzinie w I Zespole Szkół im. St. Staszica we Wschowie (fot. Archiwum domowe H. Jarosz)       - Znam, niestety, kilku nauczycieli WDŻ, którzy skutecznie zniechęcają młodzież do uczestniczenia w zajęciach. Brak przygotowania, a przede wszystkim złe podejście do przedmiotu i nauczanie go jako zła koniecznego, to wszystko nie przysparza nam zwolenników... - mówi Honorata Jarosz, nauczycielka wychowania do życia w rodzinie w I Zespole Szkół im. St. Staszica we Wschowie.

        - W domach zwykle nie rozmawia się o seksie, w szkołach nie ma wychowania seksualnego. W ten sposób całe pokolenia oddajemy na pastwę pornografii, jedynej nauczycielki seksu w Polsce”. To słowa Ewy Wanat i Andrzeja Depko. Czy autorzy tej tezy mają rację również w odniesieniu do Wschowy

       - Nie tylko do Wschowy, ale właściwie do każdego miejsca w Polsce (i pewnie nie tylko…). Nie rozmawia się w domach o seksie, bo z taką umiejętnością nikt się nie rodzi - tego trzeba się nauczyć. Do rozmowy o seksie potrzebne jest nie tylko doświadczenie, ale konkretna wiedza dotycząca np. biologii człowieka. Pamiętam, jak wyglądała lekcja biologii w mojej podstawówce dotycząca budowy kobiety i mężczyzny, na którą czekałam bardzo, bo w domu nigdy o takich sprawach nie mówiono. I mój kochany zresztą biolog - człowiek o prawdziwej pasji roślinno-zwierzęcej - nakazał nam przeczytać od strony do strony i zrobić notatkę. A w podręczniku większość nazw nic nam nie mówiła… Dziś myślę, że nikt nie uczył go, jak mówić do dzieci o sprawach damsko-męskich, a to nie jest proste, bo każdy wiek ma inne potrzeby, pytania i poziom zrozumienia. Seks jest naturalnym tematem dla człowieka i myślę, że najważniejsze jest to, aby obalić stereotyp seksu jako tematu tabu. W ten sposób bowiem oddamy kolejne pokolenia na pastwę pornografii, bo ona co prawda źle i koślawo, ale uczy seksu. A skąd mają wiedzieć, że to zły nauczyciel, jeśli nie znają żadnego dobrego?

       - Młodzi ludzie byli, są i będą zawsze zainteresowani tematami dotyczącymi seksu. Pani, jako nauczyciel wychowania do życia w rodzinie, edukuje wschowską młodzież z I Zespołu Szkół. Jak ciężki jest to kawałek chleba?

      - Najcięższą sprawą jest pozyskanie zaufania tych ludzi. Młodzi zawsze sprawdzają każdego nowego nauczyciela: jak daleko mogą się posunąć, sprawdzają i próbują podważać kompetencje, itd. Ale sam fakt, że są na tych zajęciach, na które przecież ciągle jeszcze nie ma obowiązku uczęszczania, potwierdza, że chcą się czegoś dowiedzieć. A potem trzeba być rzeczowym i kompetentnym, nie pozwolić sobie na jakiekolwiek ustępstwa, bo to jakby mniej znaczący przedmiot niż dla przykładu j. polski, z którego przecież jest matura. Sama uczę polskiego i wiem, że wychowanie do życia w rodzinie jest równie ważnym - jeśli nie ważniejszym przedmiotem, z którego przyjdzie tym młodym ludziom zdawać egzamin całe życie. Do każdej lekcji trzeba być solidnie przygotowanym, na bieżąco z nowinkami z dziedzin poruszanych na zajęciach, bo młodzi z pewnością już je znają, a jeśli czegoś nie wiem, to nie udaję, że wiem, ale przyznaję się, że nie jestem omnibusem i obowiązkowo następne zajęcia od tego rozpoczynam. Z Internetem też pracuję, wykazując np. jak przypadkowe i błędne są podawane tam informacje, bo każdy może napisać wszystko. Nie trzeba więc do nich w żaden specjalny sposób docierać. Oni po prostu chcą, żeby z nimi rozmawiać - ot i cała tajemnica. Uczę WDŻ od kilku lat i przyznaję, że ciężko pracowałam na obecną frekwencję, ale wiem, że warto!

      - Ile godzin jest przeznaczone na pani przedmiot w pani szkole i czy to wystarczająca liczba?

       - W klasach koedukacyjnych w sumie jest 19 godzin lekcyjnych na rok - 9 zajęć wspólnych i po 5 osobno dziewczęta i chłopcy. Może byłaby to liczba wystarczająca, gdyby była tylko punktem wyjścia do dalszych rozmów w domu, ale tak, niestety, nie jest. Myślę, że to powinna być przynajmniej 1 godzina w tygodniu.

      - Jak pani ocenia szkoły, gdzie taki przedmiot jest realizowany tylko podczas ewentualnych tzw. okienek lub wcale?

      - To nieprofesjonalne podejście do realizacji przedmiotu, który jest zapisany w podstawie programowej na każdym poziomie nauczania. Co prawda są to tzw. "godziny dyrektorskie”, ale każdy mądry dyrektor wie, że to bezcenna wiedza, z której ci młodzi ludzie będą korzystać w czasie całego życia. To nie może być polowanie na okienka, bo uczeń, a czasem i nauczyciel jest zaskakiwany takim stanem rzeczy, a co za tym idzie - nieprzygotowany. U nas w szkole uczeń wie, na jakie zajęcia i po co idzie. Lecz przedmiot ten jest w wielu szkołach traktowany po macoszemu, ale to zależy przede wszystkim od wizji dyrektora i kompetencji zatrudnionych tam nauczycieli. Przypomnę, że prawo nakazuje zaproponowanie takich zajęć uczniom. I dopiero wtedy, kiedy wszyscy rodzice lub pełnoletni uczniowie napiszą deklarację, że odmawiają uczestnictwa w WDŻ, zajęcia nie odbywają się.

      - Dzisiaj, gdy mówi się o edukacji seksualnej, albo idąc dalej, nawet o związkach partnerskich, to pada zarzut o promocję homoseksualizmu. Stwierdzenie to, jak dla mnie, jest podszyte ukrytą dyskryminacją, dzieleniem na my i oni. A jak pani ocenia młodzież, którą pani uczy – czy dla nich homoseksualizm jest aż takim problemem, jak często dla ich rodziców czy dziadków?

      - Jest problemem, zauważają go i w bardziej szczegółowych dyskusjach większość wypowiada się negatywnie. Obserwuję, niestety, relatywizację tego problemu, bo w wielu miejscach - w Internecie, prasie czy telewizji - spotykam się ze stwierdzeniem, że dzisiejsza młodzież uznaje homoseksualizm za normę, tylko nieco inną. A na podstawie moich zajęć mogę stwierdzić, że są w swoich sądach bardzo podobni do rodziców czy dziadków...

       - Badania pokazują, że dla nastolatków jednym z głównych źródeł informacji o seksie jest Internet. Jak bardzo zwodnicze może być dla młodych ludzi czerpanie wiedzy o seksie tylko z sieci czy od rówieśników?

       - Bardzo zwodnicze. Internet to śmietnik, przypadkowa zbieranina rzeczy wartościowych i śmiertelnie niebezpiecznych. Jak rozpoznać właściwe? Tego musimy ich nauczyć! Ot - dla przykładu, kiedyś w I klasie miałam lekcję na temat tzw. "pierwszego razu”. Korzystając z dyskusji internetowej wypisałyśmy stwierdzenia wypowiadających się na forum dziewcząt, które potem bardzo łatwo można było podważyć pod względem biologicznym. Kobiety mają taką a nie inną budowę, która sprawia, że pierwszy kontakt seksualny dla 8 na 10 kobiet jest bolesny lub przynajmniej nieprzyjemny. W Internecie był cud, miód i malinki… A od rówieśników czego może się nauczyć? Tu zawsze podaję mój ulubiony przykład - sadzania dzieci podczas wspólnych imprez nie przy stole z dorosłymi, a przy osobnym. Co robią? Zawody w strzelaniu ziemniakami na odległość (śmiech).

      - Dochodzimy więc do pytania, jak bardzo potrzebna jest edukacja seksualna w Polsce? Niektórzy twierdzą, że edukacja ta powinna rozpoczynać się od podstawówki albo nawet wcześniej. Pani za jaką opcją optuje? Bo np. Dorota Wellman w rozmowie z Newsweekiem radzi – "rozmawianie o seksie wtedy, kiedy dziecko dojrzewa to błąd. O tym powinno się mówić na każdym etapie jego rozwoju”.

       - Rozmowa o seksie, to tak naprawdę rozmowa o płci. Władamy takim specyficznym językiem, gdzie to słowo - w zależności od zapisu - ma 2 znaczenia: sex jako płeć i seks jako współżycie płciowe. Rozmawiać o płci trzeba z dzieckiem od początku, kiedy tylko rozumieć będzie nasze słowa. Rozmowy czasu wieku przedszkolnego - ALE W DOMU! - to nie jest zbyt wcześnie. Zgadzam się w tym punkcie z Dorotą Wellman, że rozmowa z dzieckiem w czasie dojrzewania to późno. ALE! - lepiej późno niż wcale! No i w tym czasie to już zupełnie inne rozmowy, inny język, skojarzenia…

      - Kto zatem powinien odpowiadać za edukację seksualną – szkoła czy rodzice? Według ankietowych badań prof. Izdebskiego, aż 88% osób uważa, że to szkoła powinna przekazywać wiedzę o seksie.

      - Oczywiście rodzice, ale nie w kategoriach przykrego obowiązku, ale radosnego przywileju. Większość ankietowanych to pewnie rodzice, którzy nie wiedzą jak i co mówić, bo sami takiej edukacji nie przeszli. To nie ich wina oczywiście. To taka typowa spychologia… - niech zrobią to inni.

       - Z kolei Łódź jest pierwszym miastem, które sfinansowało edukację seksualną w szkołach. Miasto ogłosiło, że nadal będzie płacić za dodatkowe zajęcia, przeznaczając na nie 35 tys. zł. ze swojego budżetu. Co pani sądzi o samorządowej inicjatywie w łódzkich gimnazjach i szkołach średnich? Może i gmina Wschowa jak i Powiat wschowski zamiast pomagać w budowie pomnika Diany czy obelisku poświęconemu nauczycielom, powinny zainwestować w edukację seksualną?

       - Nie trzeba pieniędzy, wystarczy sprawdzić jakość i częstość odbywania się zajęć WDŻ! To, że ktoś wpisał w dzienniku temat nie znaczy, że przeprowadził te zajęcia. Znam, niestety, kilku nauczycieli WDŻ, którzy skutecznie zniechęcają młodzież do uczestniczenia w zajęciach. Brak merytorycznego przygotowania, autorytetu, a przede wszystkim złe podejście do przedmiotu i nauczanie go jako zła koniecznego - to wszystko nie przysparza nam zwolenników. Zły nauczyciel może narobić wiele szkód... Łódzką inicjatywę oceniam za to bardzo dobrze, bo to będzie miało na pewno przełożenie na wybory życiowe tych młodych ludzi, do których owa edukacja jest skierowana. A wschowskie obeliski i pomniki - cóż, są dla umarłych… a tu o żywych chodzi.

       - Batalia o szerszą edukację seksualną trwa nadal. Ruch Palikota złożył własny projekt w tej kwestii (chce by edukacja seksualna rozpoczęła się od pierwszej klasy podstawówki), a dziennikarze wchodzą w słowne spory. Wellman – "nie traktujmy seksu jak cielesnej mszy”. Terlikowski – "edukacja seksualna to nauka rozpusty, lekcje wychowania seksualnego są niechrześcijańskie”...

       - Polityka już taka jest… przepychanki, utarczki słowne. A tu chodzi o prawdziwe wybory młodych ludzi. Dla dzieci nie ma tematów tabu - to dorośli je wprowadzają. A to od nas - dorosłych zależy, co i w jakim kształcie zaproponujemy młodym ludziom. "I ta ich niewiedza, to ich nieprzygotowanie, brak odpowiedzialności za swoje decyzje spada na wszystkich dorosłych, którzy w trakcie ich dorastania wstydzili się, nie potrafili bądź zlekceważyli ten aspekt ich życia” - to kluczowe zdanie, bardzo trafne! Nie wolno nam się wstydzić, nie wolno ich lekceważyć - mamy być dla nich światłem.

Dziękuję

źródło: Gazeta Lubuska

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Ostatnie komentarze

  • profile
    http://2ndhomeblog.net: http://2ndhomeblog.net

    Czytaj więcej...

     
  • e-lusterko.pl
    Artykuł niczego sobie. Będę tu częściej

    Czytaj więcej...

     
  • Rafaello diTravelfan
    Hej ! Jestem świeżo po lekturze Twojej barwnej relacji z imprezy Kolory pustynnych ...

    Czytaj więcej...

     
  • http://signilight-
    Super artykuł! Dziękuję bardzo, na pewno wrócę.

    Czytaj więcej...

     
  • www.
    Nie do końca ze wszystkim się zgodzę, ale w gruncie rzeczy dobrze napisane i będę ...

    Czytaj więcej...

Gościmy

Odwiedza nas 133 gości oraz 0 użytkowników.

Newsletter