Wywiady

Wywiady

Silne fotografie

Dawid Gąsiorek (fot. Tomasz Wojnarowski)Dobrze jest wielu rzeczy nie rozumieć i dochodzić do nich, bo tak naprawdę sam proces jest ciekawszy niż osiągnięty cel - z Dawidem Gąsiorkiem, fotografem, absolwentem Wyższej Szkoły Fotograficznej AFA we Wrocławiu oraz Międzynarodowego Forum Fotografii ,,Kwadrat”, studentem Instytutu Twórczej Fotografii w Opavie (Czechy), o fotografowaniu Wschowy i Grosse Pointe rozmawia Tomasz Wojnarowski.

W biografiach większości  fotografów możemy znaleźć informację o tym jak ojciec przekazuje synowi aparat. To taki moment wtajemniczenia. Aparat dla młodego człowieka staje się sposobem na wyrażenie własnego sposobu widzenia świata.  Jak to było w Twoim przypadku?

Pamiętam nie tyle pierwszy aparat, co raczej pierwszy kontakt z fotografią. W dzieciństwie przez pewien czas mieszkałem u mojego dziadka w Wijewie. Była tam ciemnia, którą dziadek sam przygotował. To był mój pierwszy kontakt z fotografią. Część z tych zdjęć nadal robi na mnie spore wrażenie, chociaż dziadek był totalnym fotoamatorem. Zresztą mam go za dość ekscentrycznego człowieka. Potrafił wsiąść na motor i przejechać na nim całą Polskę dokumentując aparatem to, co widział. Można go porównać do takiego współczesnego blogera fotograficznego… Może gdyby Kuba Dąbrowski żył w tamtych czasach, to tak by się to odbywało.  Pamiętam jak miałem cztery czy pięć lat i wchodziłem do tej dziadkowej ciemni - to było takie mistyczne. Potem dostałem Zenita i zacząłem robić zdjęcia. Byłem wtedy w gimnazjum. W liceum zabierałem aparat przede wszystkim na górskie wspinaczki. Wtedy fotografię traktowałem bardziej jako sposób na zrobienie pamiątkowego zdjęcia, uwiecznienie krajobrazu czy też znajomych, którzy się wspinali. Zanim poszedłem do liceum, po raz pierwszy wyjechałem do Stanów Zjednoczonych, do wujka, który mieszkał w Nowym Yorku. Wcześniej, jeszcze w Krakowie, zajmował się fotografią, natomiast w Stanach pracował w studiu fotograficznym. Czasami zabierał mnie do niego. Wujek miał sporą kolekcję albumów fotograficznych: Ansela Adamsa, Jeanloupe Sieffa, Edwarda Westona. Oglądałem te albumy i już wiedziałem, że te zdjęcia są inne. Potem były studia na Afie, czyli w Akademii Fotografii Artystycznej we Wrocławiu.

Zwykle ludzie, którzy wybierają studia o charakterze artystycznym dochodzą do wniosku, że w żaden sposób one ich nie rozwinęły, niczego nie


W moim przypadku było inaczej. Studia dały mi naprawdę dużo. Zajęcia były podzielone między wykłady i pracownie. Zaczynaliśmy od prostych form: portret subiektywny, reporterski, klasyczny. Wykładowca omawiał na przykład prace Richarda Avedona, po czym prosił nas, byśmy sami wykonali portrety przy zastosowaniu podobnej techniki, ale nie będącej kopią Avedona. Chodziło raczej o takie psychologiczne ujęcie. Zajęcia odbywały się w rożnych pracowniach, np. formy i obrazu, analizy i interpretacji fotografii. Mieliśmy też dużo zajęć teoretycznych: idee humanistyki współczesnej, historia sztuki, historia fotografii…
wniosły do ich życia, co najwyżej próbowały wtłoczyć w pewne schematy i formy.…

Edukacja nadal trwa…

Tak, teraz studiuję w Czechach, w Instytucie Fotografii Twórczej w Opawie. To jedna z najlepszych fotograficznych uczelni w Europie, mocno ukierunkowana na fotografię kreacyjną. W sumie na moim roku jest 36 osób, z czego 8 osób to Polacy. Do szkoły trafiają ludzie, którzy mają już jakiś dorobek artystyczny.

Czym jest dla Ciebie fotografia artystyczna?

Dzieło foto

graficzne musi mieć jakąś koncepcję, musi być zamknięte, skończone od a do z. Nie da rady sfotografować kwiatka i nagle stwierdzić, że wyszło nam coś ładnego. Fotografia to typowa praca rzemieślnicza. Salvador Dali budził się każdego dnia i przez cały dzień pracował, robił sztukę. To nie było natchnienie, impuls, po prostu ciężka praca.

Liquor (fot. Dawid Gąsiorek)

Zawsze myślałem, że zdjęcie powstaje właśnie pod wpływem impulsu, reakcji na zastaną sytuację. Idziemy ulicą, widzimy coś ciekawego, robimy to jedno, ważne zdjęcie i na tym koniec…

Tak, tylko że to jest już coś innego. To reportaż, a ja bardziej mówię tutaj o sztuce dokumentu. Reportaże też mogą pretendować do tej roli, choć najczęściej służą informowaniu odbiorcy o jakimś zdarzeniu. Robert Capa, kiedy uczestniczył w lądowaniu Aliantów w Normandii, jechał tam po to, aby zebrać jak najwięcej materiału z pola walki. Następnego dnia zdobyty materiał został wysłany do  "Life" i w trzy dni później w gazetach można było zobaczyć jak amerykańscy żołnierze przelewają krew w Europie. Teraz już tak nie jest. Wszystko wyparła telewizja, nieruchomy obraz zawsze jest w tyle. Dlatego dzisiejsi fotoreporterzy wojenni szukają tego, co znajduje się dookoła. Można by to określić mianem drążenia tematu. Do tego doszła jeszcze zmiana technologii, o której wspomina Susan Sontag. Dziś każdy żołnierz ma w telefonie komórkowym aparat, zawsze będzie najbliżej, na pierwszej linii ognia, tam gdzie fotograf fizycznie nie jest w stanie dotrzeć. Dlatego obecnie ważniejszy staje się reportaż kreacyjny, w którym fotograf chodzi, szuka określonego motywu, układu, a nie czeka na rozwój wypadków.

Swoje studia zakończyłeś pracą fotograficzną. O czym ona opowiada?

Na początku inspirowałem się reportażami i to takimi, które mocno są osadzone w tradycji. Ważne były dla mnie zdjęcie Garrego Winogranda, zresztą jego zdjęcia do dzisiaj są dla mnie bardzo silne; cenię też Roberta Franka, szczególnie jego cykl The Americans. To był dla mnie bardzo mocny zastrzyk, zacząłem inaczej myśleć o fotografii. Wtedy zaczynałem rozumieć, że to co widzimy, nie tylko ma być ładne, ale musi mieć sens. Ten album pozostał mi na długo w pamięci. Byłem już po pierwszej wizycie w Stanach. Kiedy kupiłem album Franka spojrzałem na Amerykę na nowo. Zacząłem zastanawiać się jak teraz można by ją pokazać. Wtedy też uczestniczyłem ze swoimi fotografiami w  wystawie zbiorowej "Dokument 2008" w Mleczarni (jeden z wrocławskich klubów), to było po drugim roku. Na dyplom postanowiłem zrobić coś innego. Chciałem zająć się fotografią kreacyjną. Sam wybierałem miejsca, czas i ludzi, którzy pojawiali się na moich fotografiach. Czasami zresztą sam pozowałem. To była bardzo osobista praca o moich przemyśleniach, o kulturze Wschodu, o tym co sam przeszedłem w życiu. Nigdy wcześniej nie zajmowałem się tego typu fotografią, co stanowiło dodatkowe wyzwanie. Do tej pory cieszę się, że zrobiłem coś takiego; oczywiście dziś już mi się to nie podoba, ale sam czas tworzenia wspominam bardzo dobrze. Potem dwa kolejne lata spędziłem w Międzynarodowym Forum Fotografii "Kwadrat". Wtedy też zmieniło się moje myślenie o edukacji, zobaczyłem te zależności między rzeczami, które były dla mnie wcześniej rozbite, pojedyncze.

Scina (fot. Dawid Gąsiorek)Co dalej?

Potem był rok przerwy, może pół. Wiele rzeczy w fotografii zmęczyło mnie. Nie wiedziałem za co mam się zabrać. Do tej pory szedłem drogą Bressona, szukałem tego odpowiedniego momentu. Aż w końcu przeglądając jakieś strony w Internecie zacząłem widzieć nowy typ fotografii. Coraz ważniejsze stawały sie dla prace takich artystów jak  William Egleston, Alec Soth, Mark Power, ale też fotografie ludzi z kolektywu Dreram Boats czy Sputnik Photos. Wszystko zaczęło się od mojego drugiego dyplomu, który robiłem dla Forum Fotografii. Dyplom nosił nazwę „Miasteczko”, to był taki klasyczny reportaż. W trakcie pracy stwierdziłem, że do tematu podejdę jeszcze raz, ale dokładniej, bardziej wnikliwie. To nie była fotografia przypadkowa. Kiedy szedłem zrobić komuś portret, to szedłem do znanej mi osoby, żeby wydobyć z tego portretu to kim jest ta osoba, albo chociaż to jak ja ją postrzegam. Zacząłem fotografować też miejsca, które są dla mnie istotne. Szedłem w to miejsce, żeby znaleźć odpowiedni kadr,  kompozycję.

Coś tu we Wschowie  jeszcze można odkryć? Co jest dla ciebie ważne.

Właśnie to jest dobre, ja już tu wszystko dobrze znam. Dlatego podchodzę do tego jeszcze raz, nie szukam ciekawych rzeczy, w tym co już znam, ale szukam czegoś, co jest dla mnie intensywne…

Jak się fotografuje we Wschowie?

To chyba zależy od stanu umysłu. Od sposobu myślenia o miejscu. Swego czasu zrobiłem zdjęcia miejsca, które często mijałem chodząc na pobliskie pola. Przychodziłem tam wiele razy, o różnych porach roku. Chciałem pokazać to miejsce. To zresztą są różne sytuacje. Wracam do domu samochodem przez Stare Strącze. Przy drodze znajduje się boisko, na którym grają w piłkę jacyś chłopcy. Zatrzymuję się i robię zdjęcie. Dla mnie to są silne fotografie. Ważne jest też, żeby były wyczyszczone,  takie surowe w swoim pięknie…

Co to znaczy?

To znaczy bardzo dobre w kompozycji, bez żadnych zbędnych elementów, takie zdjęcie ma zmierzać ku doskonałości. Staram się pracować jak malarz, który wciąż nanosi poprawki na swoje płótna. Wyrzuca kolejne próby,  zmienia kolory..

Ile razy wracasz do miejsc, które chcesz sfotografować?

Do tej budy na polu wracałem około dziesięciu razy.

A inne ważne miejsca w mieście, które są ważne dla Twojej fotografii?

Lubiłem basen. Na nim bardzo łatwo jest zrobić dobre zdjęcia, zadbać o kompozycję. Na miejscu jest wielu ludzi, wszyscy skaczą z trampoliny. W swoim cyklu chciałem pokazać basen, który znałem z nocnych wypraw do tego miejsca. Teraz skupiam się na bardziej energetycznych miejscach, które są dla mnie istotne.

W takim razie można powiedzieć, że utrwalasz wspomnienia…

W pewnym sensie tak. Natomiast staram się tego obrazu hermetycznie nie zamykać, chciałbym, żeby  był atrakcyjny również dla odbiorców.

Droga na Rayan (fot. Dawid Gąsiorek)Ludzie, którzy zobaczą Twoje zdjęcia mogą być zaskoczeni ich treścią, zawartością.

Tak zawsze było, jest i będzie. Cokolwiek zrobisz, zostanie zrozumiane tylko przez niektórych. Pokaż ludziom zdjęcia Andreasa Gurskyego  czy prace Marka Powella, który przez dwa lata robił materiał w Polsce, to wielu będzie w stanie tylko stwierdzić: "Co to do cholery jest, jakieś bloki w Rzeszowie?". Pokazać takie zdjęcia na wystawie tutaj… Z pewnością nie wzbudziłyby żadnych emocji.  A w tych zdjęciach jest tyle siły. Tak jest w ogóle z kontaktem człowieka ze sztuką – jeden coś zrozumie, wyniesie coś dla siebie, po innym spłynie jak po kaczce.

W takim razie wygląda na to, że Twoje fotografie są adresowane do bardzo wąskiego grona odbiorców…

Nie, nie w tym rzecz. Chciałbym, żeby wszyscy mogli je zobaczyć i ocenić. Mam nawet taki pomysł na monografię tego, co zrobiłem przez te lata mieszkając we Wschowie. Marzę o tym by pokazać jak zmieniało się moje myślenie o tym mieście, jak je widziałem pięć lat temu a jak widzę je dzisiaj.  Na razie brakuje jednak miejsca i osób, które by mi to umożliwiły w naszym mieście.

Nad czym pracujesz obecnie?

To dokument długoterminowy, subiektywny. Na razie nosi roboczą nazwę Homeland. Fotografuję miejsca mi znane, bliskie. Koncentruję się nie na jakimś zdarzeniu czy osobie, tylko na miejscu. To są przestrzenie w jakiś sposób ważne dla mnie, związane z moim życiem.  Nigdy tych moich prac nie opiszę w albumie czy w notatce na wystawie, dlatego ważne od samego początku jest to, żeby fotografia była komunikatywna. Łamię tę hermetyczność fotogenicznością. Staram się to dobrze zbudować. Nad projektem siedzę od stycznia, część rzeczy usuwam, inne dokładam. W ten sposób tworzy się dobra historia, ukazująca nie tylko to jak ja coś czuję, ale jak jest tutaj naprawdę. Czasami pozwalam sobie na mały eksperyment – wręczam plik zdjęć komuś, kogo fotografia zupełnie nie interesuje i w naszej rozmowie wychodzi, że on też tak to widzi, widzi to, o co mi chodziło. Od razu rozczaruję tych wszystkich, którzy spodziewają się zdjęć Ratusza i murów obronnych, tego nie będzie. Opisując to miejsce, chciałem podejść do niego bardziej eseistycznie, nie pokazywać jednorazowych przeżyć, dlatego umyślnie wyjechałem na okres wakacji ze Wschowy. Okres wakacyjny to ciąg stałych, prostych skojarzeń, chciałem tego uniknąć.  W każdym razie mam nadzieję, że w lutym, kiedy minie prawie rok od czasu jak zacząłem robić zdjęcia, będę mógł zamknąć całość.

Robert (fot. Dawid Gąsiorek)Cały czas mówisz o miejscach, a co z ludźmi, pojawiają się jacyś na Twoich zdjęciach?

Tak, zwykle ci, których znam. Czasami fotografuję również tych, którzy obrazowo pasują do zdjęć. Albo ludzie których widzę, spotykam na swojej drodze, których mijam.

I jak ludzie reagują na propozycje takich zdjęć?

Zwykle mówią: "Nie nie, dziękuję, ja źle wychodzę na zdjęciach”, ale potem, jak im wyjaśniam o co chodzi,  że robię taki projekt, coś większego, wtedy zgadzają się.

Fotografowanie miasta, które zna się w zasadzie od kołyski jest chyba trudniejsze, niż robienie zdjęć w miejscach do których się właśnie dotarło. To sytuacja bardziej wymagająca, pokazać coś co jest znane…

Owszem. To jest też doskonałe ćwiczenie.

Musisz jeszcze ćwiczyć?

Tak, ostatnio wróciłem do traktowania fotografii jako ćwiczeń. W ciągu ostatniego roku zrobiłem więcej zdjęć, niż w ciągu trzech poprzednich lat. Po prostu zadaję sobie dużo rzeczy, nawet jeśli wiem, że nie wykorzystam tego materiału.  Będąc w Stanach, chodziłem sobie z aparatem i fotografowałem nocą drzewa. Cel był typowo estetyczny, fotografia nie zawierała bogatej treści. Właśnie to jest dobre w takiej fotografii robionej bezcelowo, kiedy nie ma tego ciśnienia, podchodzisz do człowieka i mówisz mu, że chcesz mu zrobić zdjęcie a on zadaje pytanie: "Po co?" Mówisz mu, że dla samej przyjemności - to dla mnie jest takie lekkie i naturalne. To jest po części związane z moją zmianą sposobu myślenia o fotografii, teraz już nie czyham na fotografię. W tym tkwi ta radość tworzenia, dopiero teraz do tego doszedłem. Nie mam żadnego parcia, żeby zrobić zdjęcie roku i wysłać  je na World Press Photo.

Porozmawiajmy teraz o Twoim pobycie w Stanach Zjednoczonych…

Wyjechałem tam na trzy miesiące. Stany to bardzo fotogeniczny kraj, przynajmniej dla nas, Europejczyków. Tam wszystko wygląda zupełnie inaczej: architektura, przyroda, ludzie i ich zachowanie. Przyjeżdżasz tam i wszystko okazuje się na początku takie interesujące. Dodatkowo  lubię amerykańską fotografię, nie tylko dotyczącą samej Ameryki, ale robioną właśnie przez Amerykanów. Wszystko ciebie zachwyca, jesteś tam i stwierdzasz: "Aha, więc to jest ta Ameryka". Na tych zdjęciach początkowo wychodziły mi takie klasyczne ujęcia: pani z pieskiem, biały domek, żywopłot. Prawdziwy amerykański styl. Dlatego Stany jest łatwo fotografować… Taki stan trwał przez dwa tygodnie, potem przychodzi zmęczenie. Okazuje się, że to wszystko jest jednak takie same i chyba jeszcze bardziej nudne niż w Polsce. Zatrzymałem się w jednej z aglomeracji Detroit, mieście Grosse Pointe, miejscu, które pamięta jeszcze francuskich i angielskich osadników. To miejsce mocno historyczne, tutaj miał swój dom Henry Ford i William Wrigley. To taka bogata dzielnica, przeciwieństwo tego czym jest Downtown, miejsce przestępstw i licznych morderstw. Tutaj miały miejsce zamieszki w latach 70. na tle rasowym. Dlatego to miejsce jest takie ciekawe – obie te grupy, bogaci i bardzo biedni żyją obok siebie. Dzieli ich tylko ulica, np. Mack Avenue.

Zdjęcia, które tam zrobiłeś zostały udostępnione szerszej publiczności?

To ważne dla początkującego fotografa, żeby zacząć gdzieś wystawiać swoje prace. Przez trzy miesiące fotografowałem w Stanach Grosse Pointe, z tego co udało mi się tam zrobić powstała wystawa, która została zaprezentowana w klubokawiarni Sabaka we Wrocławiu, przy ul. Szewskiej. Pokazałem na niej kilka zdjęć ze Wschowy, trochę prac ze Stanów. Wystawa nosi tytuł "…and return path". Teraz została przeniesiona do Falanstera na ul. św Antoniego.

Nie myślałeś o tym, żeby pokazać swoje prace gdzieś tutaj, we Wschowie?

Bez komentarza.

Dlaczego?

Robię zdjęcia tutaj od wielu lat, nieraz chciałem gdzieś je wystawić, ale brakuje chęci ze strony tych, którzy mogliby mi w tym pomóc. Takim miejscem we Wschowie mogło by być muzeum, niestety pomysł został odrzucony.

Może dobrym miejscem do zaprezentowania Twoich prac byłaby witryna internetowa, jako dzieło jednorazowe, zamknięte…

Niezupełnie, wizyta w galerii jest znacznie głębszym przeżyciem estetycznym, niż wejście na stronę internetową. Nie chciałbym, żeby ktoś oglądał moje fotografie między jednym a drugim łykiem kawy, między logowaniem się na pocztę a pisaniem komentarza na facebooka. Galeria wymaga skupienia, wyciszenia. Poza tym ważny jest sam kontakt z fotografią, techniką druku, fakturą papieru. W sumie nie jestem przeciwny publikacji w internecie, prowadzę przecież bloga (www.dawidgasiorek.blogspot.com)

No właśnie, w tym jest chyba problem, ludzie nie są przygotowani na fotografię artystyczną, ale może warto ich edukować w tym kierunku. Mieliśmy jakiś czas temu taką inicjatywę, wystawę fotografii Wojciecha Krassowskiego "Powidoki z Polski". Potem pojawiły się jeszcze zdjęcia z National Geographic.

W tym mieście nigdy nie będzie wielkiej turystyki, jeśli nie zadba się o jej warstwę kulturową.  Takie podejście do mojej propozycji wystawienia prac w muzeum pokazuje… jak poważnie ten problem jest traktowany. Tutaj mocno trzeba inwestować w kulturę, tu jest ten potencjał historyczny. Tymczasem wiele rzeczy jest nieprzemyślanych, jak choćby ten plac przed Ratuszem.

Nie podoba Ci się ten plac?

Zwróć uwagę choćby na układ ścieżek. To powinno być przede wszystkim użyteczne dla ludzi. Kiedy chcesz przejść od strony Ratusza do parku, idziesz ścieżką na której znajduje się fontanna, dla mnie jest to raczej socrealistyczna bryła, więc musisz ją ominąć szerokim łukiem. Zupełnie nielogiczny układ przestrzenny, ale za to "ładnie" wygląda. Tutaj wiele rzeczy robi się na pokaz, nie dla ludzi. Nie mam zresztą ochoty wypowiadać się na temat kwestii smaku i dobrego gustu

Na koniec chciałbym Ciebie zapytać o jeszcze jedną rzecz. Kilka lat temu przeszedłeś ciężką chorobę, miałeś chorobę nowotworową. Udało Ci się ją pokonać. Mam wrażenie, że to doświadczenie mocno Ciebie zmieniło.

To prawda. Psychicznie człowiek zaczyna inaczej myśleć, zaczynasz odrzucać pewne mało znaczące rzeczy ze swojego życia, widzisz, co jest ważne a co nie. Masz chęć na głębsze przeżywanie świata, dociekanie do sedna sprawy, bo zdajesz sobie sprawę z tego, że to wszytko mogło być zaprzepaszczone, że mogło się nie wydarzyć. Rozumiesz, że mogłeś czegoś nie przeżyć, nie doświadczyć, też tych złych rzeczy, które przecież też mają sens. Ważne, żeby odnaleźć sens, czerpać satysfakcję z tego co się robi. Poza tym podczas leczenia nauczyłem się być cierpliwym, to się przydaje w fotografii, ale też po prostu w życiu.

Piłka (fot. Dawid Gąsiorek)

Przyczepa (fot. Dawid Gąsiorek)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ostatnie komentarze

  • Rafaello diTravelfan
    Hej ! Jestem świeżo po lekturze Twojej barwnej relacji z imprezy Kolory pustynnych ...

    Czytaj więcej...

     
  • www.
    Nie do końca ze wszystkim się zgodzę, ale w gruncie rzeczy dobrze napisane i będę ...

    Czytaj więcej...

     
  • Krystyna
    Brawo Janeczko - są miejsca,gdzie rządzi przyroda, a nie pseudoturyści jakiejkolwiek ...

    Czytaj więcej...

     
  • anastazja
    świetnie autor opisuje swoje wojaże w lutym i ja lecę do Indii i trochę się ...

    Czytaj więcej...

     
  • http://www.
    Bardzo dobrze powiedziane, w wielu kwestiach się zgadzam.

    Czytaj więcej...

Gościmy

Odwiedza nas 118 gości oraz 0 użytkowników.

Newsletter