Indie - kolory pustynnych miast

INDIE - kolory pustynnych miast

Dzień VIII - Kupa, opium, ekolodzy i nerwowy mnich

Wczesnym rankiem wyruszamy na safari po terenach Bisznoi Dzisiejsza pobudka o 6.00 nie jest niczym nadzwyczajnym. Jak ktoś sobie taki wypoczynek funduje, to ma, co chciał. Co robić. Plan jest prosty, o 7.00 mamy być w autobusie, a po godzinie jazdy wyruszymy na safari jeepami po terenach plemiona Bisznoi. Plan prosty, ale początki jego realizacji napotykają pewne problemy. Mam kłopot z pierwszym etapem podróży – ze zwleczeniem się z łóżka. Tak to bywa, kiedy się mecz krykieta ogląda do 1.00 w nocy. Wspaniała miękkość łóżka powoduje niechęć do rozstania się z pościelą. Niechęć niechęcią, ale godzinę później grzecznie siedzimy już w autokarze. Wschód słońca i mijane krajobrazy powodują, że poranna niechęć szybko przeradza się w entuzjazm.

Dzień VIII (4.03.2011r.) Bisznoi - Ranakpur

KUPA, OPIUM, EKOLODZY I NERWOWY MNICH

Po godzinie jazdy znajdujemy się w Bisznoi Village Camp, naszej bazie wypadowej na tereny plemiona Bisznoi. Kilka minut przerwy i już pakujemy się do jeepów. Trafiamy do jednego z naszymi znajomymi z Poznania, ale żeby nie było tak dobrze, dołączona zostaje do nas jeszcze jedna osoba. Kobiety Bisznoi lubią zdecydowane koloryMimo tego nie jest ciasno, bowiem Bogdan, jako najwyższy, siada obok kierowcy, a z tyłu zostają tylko cztery osoby - pełen luksus. Zaczyna się zwariowana jazda po półpustynnym terenie. Jedną ręką trzymam się metalowej burty, a w drugiej trzymam aparat i staram się robić jakoś zdjęcia – co wcale nie jest takie łatwe, gdy mamy do dyspozycji tylko jedną rękę, do tego trzęsie straszliwie i jeszcze trzeba uważać, aby pozostałym pasażerom zębów nie wybić. Walka o zdjęcia i równowagę bardzo mi się jednak podoba, do tego ten pęd wiatru we włosach. Nie u mnie oczywiście, bo ja mam pęd wiatru po meszku, ale żona na pierwszym postoju wygląda dość egzotycznie, swoista burza włosów, prawdziwy artystyczny nieład. Dobrze, że zdjęcia żona zobaczy dopiero w domu, dzięki temu nie ma oporów przed pozowaniem. Po czterdziestu minutach jazdy z krótkimi przerwami na fotografowanie antylop, dojeżdżamy do pierwszej wioski Bisznoi.

W pierwszej chwili mój entuzjazm nieco przygasa, bo egzotyczna wioska w większości składała się z murowanych budynków, jednak wygląd i zachowanie członków plemiona z pewnością nie rozczarowuje. Jest ciekawie, tym bardziej, że my Panie prezentowały się niczym modelki na wybieguzatrzymaliśmy się koło bardziej tradycyjnych zabudowań. W całych Indiach kobiety ubierają się niezwykle barwnie, lecz tutejsze idą w tym kierunku jeszcze dalej, każda mijana przez nas mieszkanka wioski prezentuje prawdziwą feerię barw z dominującym kolorem czerwonym. Każdy żądny ciekawych zdjęć jest w raju, a tutejsze kobiety paradują po wiosce niczym modelki po wybiegu. Z ta różnicą, że nam nie przeszkadza - a wręcz przeciwnie, bo zdjęcia są bardzo interesujące - niejednokrotnie podeszły wiek obfotografowywanych przez nas pań.

Po pewnym czasie, po zaspokojeniu fotograficznych żądz, wkraczamy na teren jednego z gospodarstw, które będziemy oglądać i w którym będziemy słuchać o obyczajach ludu Bisznoi. Natychmiast zmieniamy modelkę. Tym razem modelka jest bardzo specyficzna, jest nią bowiem całkiem pokaźna, ładnie uformowana górka kupy. Dokładniej mówiąc krowie odchody, zmieszane ze słomą i wysuszone na słońcu, które stanowią doskonały opał na zimne noce. Modelka spokojnie czeka, gdy Niekonwencjonalna jak dla nas biżuteriaustawia się do niej prawdziwa kolejka. Każdy chce fotografię, im śmieszniejszą tym lepiej. Niektórzy przytulają się lub obejmują modelkę czule niczym Kasię Cichopek spotkaną przypadkowo na molo w Sopocie. Radość ze zdjęcia taka sama. Nikt z kolejkowiczów nie zauważył nawet, że nie jest to jedyna taka górka na terenie gospodarstwa i wszyscy cierpliwie czekają w tej jednej kolejce. Widać ta kupa coś w sobie miała. I to piękno wewnętrzne ludzie potrafili dostrzec. I jak tu teraz nie powiedzieć, że g... na zdjęciu wyszło.

Spacerujemy sobie nieśpiesznie pomiędzy zabudowaniami, słuchamy przewodniczki, podziwiamy niezwykłe ozdoby jakimi kobiety obwieszają swoje nosy i tak przechodzimy do kolejnej atrakcji dnia – pokazu zażywania opium. Goszczący nas senior – gospodarz zwiedzanego domostwa, siada na kocyku w otoczeniu dwóch kierowców jeepów i razem przygotowują wywar z opium w małym metalowym czajniczku. Po przygotowaniu jeden z mężczyzn wylewa sobie wywar na dłoń i częstuje pozostałych, którzy wciągają wywar nosem. Bardzo efektowny pokaz. Częstują się tak nawzajem przez jakiś czas. Nasz kierowca (po prawej) okazał się miłośnikiem opiumStaruszek robi się coraz bardziej szczęśliwy. Dwaj pozostali panowie – degustatorzy także. My oglądający także robimy się szczęśliwi widząc szczęście innych i ciekawy pokaz. Ja po pewnym czasie robię się coraz mniej radosny. Coś w tej sprawie zaczyna mnie niepokoić. Początkowo nie bardzo wiem co. Niepokój jednak wzrasta, po chwili odkrywam jego powód. Jednym z dwóch, obok staruszka, miłośników opium jest kierowca naszego jeepa. Robi mi się delikatnie gorąco. Gorąco to powoduje chyba jakiś grymas na mojej twarzy, który dostrzega nasz radosny kierowca. Zapewnia minie radośnie, iż wszystko jest w porządku, a po opium jeździ mu się naprawdę dobrze. Poczułem się zupełnie uspokojony. Usiadłem na kocyku i pozuję do zdjęcia z sympatycznym i szczęśliwym gospodarzem. Staruszek zgodnie z regułami gościnności częstuje mnie opium. Nie wiem czego się wtedy bardziej przestraszyłem, faktu, że jest to opium, czy tego, że oni Świątynia upamiętniająca obrońców drzewwszyscy z jednego garnuszka korzystali i że z ręki, którą pan wyciąga, częstowali się inni? Bojąc się dolegliwości zdrowotnych, grzecznie dziękuję, staruszek kiwa głową ze zrozumieniem i z uśmiechem wciąga porcję przeznaczoną dla mnie. Jak dobrze, że nic się nie marnuje. Na usprawiedliwienie dodam, że folgowanie sobie z jedzeniem czy piciem wprost z ulicy zaprowadziło mnie już do szpitala w Kapadocji czy kliniki w Meksyku. Nie zamierzam tym razem testować służby zdrowia w Indiach. Tym bardziej, że na wakacjach dobre samopoczucie posiadam jakoś tak naturalnie, bez opium nawet.

Przez kilka godzin jeździmy sobie po wioseczkach, oglądamy ciekawy punkt ornitologiczny nad jeziorem i trafiamy do miejsca świętego dla wszystkich Bisznoi. Żyją oni na terenach pustynnych, więc nie dziwi fakt, że czcią otaczają, nie jak w dotychczasowych przypadkach zwierzęta, a drzewa. Ścięcie drzewa to dla nich tragedia. Nachodzi mnie myśl, że wschowski Burmistrz Krzysztof Grabka to Bisznoi na pewno nie jest – zamiast na drzewa stojące na skwerku przed rynkiem woli na kwiatki patrzeć. Choć Easy Rider - wersja Indyjskajedno drugiemu nie przeszkadzało przecież. Jako pierwszy wschowski Bisznoi ja również uważam, że to zbrodnia. Wróćmy jednak do Indii. W miejscu, w którym wszyscy mieszkańcy jednej z osad oddali życie w obronie drzew – gdy Maharadża Dżodhpuru nakazał wycinkę, aby zdobyć drewno potrzebne na budowę jednego z pałaców przywiązali się oni do pni i umierali razem ze ścinanymi drzewami - dzisiaj wznosi się mała świątynia oraz pomnik upamiętniający to wydarzenie. Swoje życie poświęciło tutaj ponad 300 ludzi i maharadża sam wstrząśnięty takim rozlewem krwi wyrąb nakazał przerwać i drewno sprowadził z innego miejsca. A nam się wydaje, że ekstremalnymi ekologami są ci z Doliny Rospudy. Najważniejsze, że okazali się równie skuteczni.

Przepięknie położona świątynia Ranakhpur Po południu cali i żywi pakujemy się z powrotem do autokaru. Czeka nas teraz długa przeprawa przez góry, po których drugiej stronie leży bajkowy Udajpur, uznawany za najromantyczniejsze i jedno z najpiękniejszych miast Indii. W górach, mniej więcej w połowie drogi, czeka na nas jeszcze jedna dzisiejsza atrakcja – największa dźinijska świątynia - Ranakpur. Zanim jednak dojedziemy do świątyni spotyka nas na drodze kolejna z licznych tutaj pułapek drogowych. Każdy w autokarze przyzwyczaił się już, że życie w dużej mierze toczy się w Indiach na drodze. Piesi przechodzą nawet przez autostrady, w każdym miejscu wędrują sobie krowy, przeganiane są stada różnych zwierząt, na drodze panuje prawo silniejszego – znaczy większego i bardziej odrapanego, a w każdym momencie spotkać można kogoś jadącego pod prąd – ot taka drogowa sielanka. Tego niebezpieczeństwa jednak nie znaliśmy. Dziś po raz pierwszy spotkaliśmy szaleńczo odważnych dziadków-samobójców. Są co prawda mniej groźni od samobójców mających na celu gdzieś się wysadzić, ale potrafią i tak niezłego bigosu narobić na drodze. Otóż dziadek taki, być może nie słyszący już za dobrze, potrafi wyjść we wioseczce czy małym miasteczku wprost pod pędzący z dużą prędkością autobus. Taki drogowy Główny kapłan modlący się w intencji naszej grupydziadek-samobójca nawet nie spojrzy w kierunku, z którego nadjeżdża autokar. Nie zada sobie tyle trudu, bo po co. Jak autokar nie wyhamuje, to czeka go po prostu kolejne wcielenie. Być może lepsze, więc nie ma co tak przesadnie się trząść o swoje życie. Taki dziadziuś więc żwawo wyskakuje na drogę, tuż przed maskę autobusu, a Goldi żwawo wciska do podłogi pedał hamulca. Przez cały autobus sunie dywanik, jakieś pomniejsze, niezabezpieczone bagaże i jakiś nieszczęśnik, który akurat w przejściu między siedzeniami się znajdował w tym momencie. Na szczęście autokar ma dobre hamulce, a sunącego nieszczęśnika ktoś zatrzymał przed schodkami i dzięki temu do nieszczęścia nie dochodzi. Niemniej pięćdziesiąt osób z przerażeniem wpatruje się w dziadziusia, który nie raczył nawet autokaru obrzucić choćby jednym spojrzeniem. No cóż, kolejny raz udało mu się przejść przez ulicę, kolejny raz okazało się, że nie trzeba takiego autokaru przepuścić, a kolejne wcielenie musi poczekać. No cóż, taka karma.

Unikając zderzenia z dwoma dziadkami-samobójcami, po trzech godzinach dojeżdżamy do przepięknie położonego wśród gór Ranakpur. Bujna roślinność otaczająca świątynię i jej ogrom przeganiają myśli związane z problemami drogowymi. Świątynia powstała w XIV wieku i jest prawdziwą perełką architektoniczną. Została w całości wykonana z białego marmuru. We wnętrzu znajduje się niezliczona ilość figurek dżinijskich idoli oraz 1400 filarów, z których każdy jest inny. Zanim podziwiamy wnętrze, obiegam świątynię dookoła robiąc pokaźną liczbę zdjęć, ale przecież wygląda to tak malowniczo, że żałować sobie nie ma co. Zapas kart pamięci jest spory i racjonować sobie zdjęć nie będę. We wnętrzu wita nas główny kapłan świątyni, który opowiada nam o wszystkim, co widzimy we środku, a pani pilot tłumaczy to grupie. Kapłan zarządza, że teraz nie Bogato zdobione wnętrze świątyniirobimy zdjęć tylko chodzimy i słuchamy, a później po modlitwie, którą dla nas i w naszej intencji odmówi, będzie czas na zdjęcia. Kombinuję, że będę trochę słuchał, ale zdjęcia porobię teraz, bo przynajmniej tłoku nie ma i cały plener dla mnie. Kapłan jest jednak czujny, wieloletnie doświadczenie intuicyjnie podpowiada mu, że zawsze się taki cwaniak jak ja znajdzie. Ledwie robię dwa zdjęcia, gdy mnie dopada i strofuje przed całą grupą. Jak na człowieka, który większość życia spędza na medytacjach robi to dosyć energicznie. Jednak my Polacy mamy tendencję do oporu, na przejawy zniewolenia reagujemy buntem. Postanawiam w ramach walki podziemnej w dalszym ciągu robić zdjęcia. Bardziej z ukrycia, zza filarów, wykorzystując moment nieuwagi wroga. Kapłan jest czujny, wie, że się nie poddałem, jestem pod szczególnym nadzorem, ale ja również nie mam zamiaru odpuścić. Kiedy kończymy zwiedzanie, a kapłan informuje nas o modlitwie, którą zaraz odmówi, mam napstrykane ponad dwadzieścia zdjęć w świątyni. Uznaję to za zwycięstwo.

Rankhpur w prawie całej okazałości Modlitwa, podobno w naszej intencji, jest naprawdę niezwykła. Donośny głos kapłana (który poznałem jakiś czas wcześniej) rozbrzmiewa tajemniczo pośród murów świątyni. Zamykam oczy i przenoszę się kolejny raz w czasie. Kiedy oczy otwieram widzę, że kapłan modląc się spogląda czasami na mnie. Rodzą się we mnie podejrzenia, czy to aby na pewno jest modlitwa w naszej intencji i czy na pewno obudzę się rano lub nie zepsuje mi się aparat. Piszę te słowa, a więc jednak kapłan nie okazał się mściwym człowiekiem, po modlitwie z uśmiechem i szczerze zapraszał do robienia zdjęć i ponownych odwiedzin tej wspaniałej świątyni.

Po tych wspaniałych przeżyciach ruszamy dalej. Teraz czeka nas autokarowa wspinaczka ku przełęczy położonej najwyżej na naszej trasie. Czasu podobno mamy dużo, co mnie bardzo cieszy. Indie wieczorem grają mecz na mistrzostwach w krykieta i nie chciałbym Goldiego oglądać spieszącego się na górskich serpentynach. Nie mam bowiem pewności, czy modlitwa dźinijskiego kapłana zapewnia aż taką moc ochronną.

Kiedy zjeżdżamy już w doliny po drugiej stronie pasma górskiego, zupełnie nie spodziewając się żadnych interesujących wydarzeń, widzimy, iż Goldi zatrzymuje autokar i zarządza krótki postój. Ma nam coś ciekawego do pokazania. Wychodzę z autokaru i aż mnie zatyka. Nie muszę tym razem zamykać oczu, aby przenieść się w czasie - otóż przed nami obrazek rodem ze średniowiecza. Przeraźliwie chudy rolnik za pomocą woła podpiętego do sporego koła czerpie wodę z głębokiej studni, która wlewa się do systemu nawadniającego okoliczne pola. Technologia sprzed stuleci. Jechaliśmy już do hotelu, każdy myślał już o odpoczynku, a tu Indie zaskakują. Indie zawsze mają coś ciekawego w zanadrzu.

Technologia sprzed wieków Autokar dostrzeżony został z pobliskiej wioseczki. W czasie kiedy my podziwiamy pracę rolnika, ciągnie ku nam chmara dzieciaków. Nieczęsto zatrzymuje się tutaj autokar, chcą więc za każdą cenę wykorzystać tą jedną, jedyną szansę. Dzieciaki dobiegają w momencie, gdy my udajemy się już do autokaru, tworzą szpaler, a każdy ofiaruje dzieciakom co ma pod ręką: cukierki, gumy, długopisy (bardzo pożądane), ciastka, cokolwiek. Dzieciarnia jest szczęśliwa. No prawie. Znaczy nie wszyscy. Wsiadam jako ostatni i mijam przeraźliwie płaczącą małą dziewczynkę. Odepchnięta przez starsze dzieci, nic nie dostała i szlochając patrzy tylko na inne uśmiechnięte dzieci, chwalące się otrzymanymi dobrami. Co robić? Nie mam już zupełnie niczego. Wpadam do autokaru, proszę Goldiego o minutkę i rozpoczynamy z żoną gorączkowe przeszukiwanie plecaka. Udaje się, znajdujemy krówkę – nie zwykły mały cukierek, ale taki bardziej przypominający batonik o długości czterech-pięciu normalnych cukierków. Nasi znajomi z Poznania prowadzą sklep ze słodyczami i na drogę zabrali spory zapas, dostawaliśmy od nich każdego ranka przydział słodkości, w tym po jednej takiej długiej krówce. Ja swoją zjadłem wcześniej, na szczęście żona nie. Zbiegam więc szczęśliwy po schodach i w rączki płaczącej dziewczynki wkładam krówkę. Nikt z dzieciaków nie dostał tak dużego cukierka. Gdy Goldi zamyka drzwi i autokar rusza, widzę tylko dziewczynkę przyciskającą cukierek do piersi. Nie ma to jak zostać dobroczyńcą i bohaterem całej grupy dzięki cukierkowi otrzymanemu od znajomych i zaoszczędzonemu przez żonę. Jak to w życiu jednak bywa cały splendor spływa na mnie. No cóż, życie nie jest sprawiedliwe. Postanawiam jednak nie zjeść już do końca wycieczki żadnej krówki, obiecuję sobie wszystkie rozdać. Tym razem dotrzymuję słowa.

Zasypiając już w hotelu, oczywiście po obejrzeniu zwycięskiego meczu Indii, myślę o tym, jakim dobrem może być zwykły cukierek. Dla nas na wyciągnięcie ręki, praktycznie zawsze wtedy kiedy nam przyjdzie ochota, a dla tej dziewczynki w małej rolniczej wioseczce u podnóża gór to coś więcej. Wiem, że nikt nie jest w stanie rozwiązać problemów związanych z biedą czy głodem na świecie, ale tego dnia ta krówka miała magiczną moc. Zamieniła płacz tego jednego, konkretnego dziecka w uśmiech. Bezcenne.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Ostatnie komentarze

  • profile
    http://2ndhomeblog.net: http://2ndhomeblog.net

    Czytaj więcej...

     
  • e-lusterko.pl
    Artykuł niczego sobie. Będę tu częściej

    Czytaj więcej...

     
  • Rafaello diTravelfan
    Hej ! Jestem świeżo po lekturze Twojej barwnej relacji z imprezy Kolory pustynnych ...

    Czytaj więcej...

     
  • http://signilight-
    Super artykuł! Dziękuję bardzo, na pewno wrócę.

    Czytaj więcej...

     
  • www.
    Nie do końca ze wszystkim się zgodzę, ale w gruncie rzeczy dobrze napisane i będę ...

    Czytaj więcej...

Gościmy

Odwiedza nas 115 gości oraz 0 użytkowników.

Newsletter