Indie - kolory pustynnych miast

INDIE - kolory pustynnych miast

Dzień IX - Udajpur - KRYKIET POD WARZYWNIAKIEM

Mini-kramiki jak zwykle kolorowe Poranek przebiega utartym torem. Schodzimy na śniadanie, po śniadaniu mycie zębów, a po myciu pakujemy się do autokaru. Pakujemy się tylko my, bagaże zostają bowiem w hotelu, w Udajpurze spędzimy wszak także kolejną noc. Dzisiejsza jazda autokarem będzie bardzo krótka, musimy tylko dostać się do centrum miasta. Tego dnia mamy w planie zwiedzanie Udajpuru zachwycającego swoją bajkową architekturą. Podobno francuscy impresjoniści, niegdyś zauroczeni miastem, mawiali, że takiego oświetlenia i przeźroczystego powietrza nie ma na całym świecie. Jak dla mnie oświetlenie było w porządku, ale do przejrzystości powietrza mógłbym na pewnych zdjęciach mieć zastrzeżenia. W każdym razie bajkowość nie zawodzi. W sumie codziennie w Indiach jest bajkowo, ale dziś jest bajkowo jakoś szczególnie. Nie na darmo Udajpur określany jest mianem indyjskiej Wenecji lub najromantyczniejszego miasta w Indiach. Po takim wstępie wyczytanym w przewodniku jestem pewny, że będzie mi się tu podobać.

Dzień IX (5.03.2011r.)

UDAJPUR - KRYKIET POD WARZYWNIAKIEM

Wejścia do Jagdisz strzegą dwa słonie Z parkingu, na którym wysiadamy z autokaru, wędrujemy budzącymi się do życia, coraz gwarniejszymi uliczkami do świątyni Jagdisz. Sądziłem, że po widzianym dzień wcześniej Ranakpur nic już - jeżeli chodzi o świątynie - tak mnie nie zauroczy. Jednak Jagdisz jest niezwykła. Wciśnięta pomiędzy budynki świątynia jest wąska i bardzo wysoka – piramidalna wieża główna świątyni ma 79 metrów. Jakże jest odmienna od rozległego Ranakpur. Gdy wchodzimy po schodach do tej poświęconej Wisznu świątyni, witają nas dwa kamienne słonie. Jestem w fotograficznym raju. Jakby tego było mało, przed świątynią rozkładają mini kramiki niezwykle kolorowo ubrane Hinduski, oferujące przeróżne towary, a na schodach prowadzących do świątyni lokują się mężczyźni ubrani w barwne stroje kapłanów, chętnie pozujący do zdjęć z turystami za symboliczne 10 rupii. Niewątpliwą atrakcją świątyni jest także posąg mitycznego ptaka – Garudy (pół człowiek – pół orzeł). Z zamyślenia wybija mnie pewna para z naszej wycieczki. Pani nerwowo przeciska się w kierunku posągu Garudy, krzycząc do swojego męża: Heniu zrób mi zdjęcie z tym ładnym, dużym ptakiem.

Za 10 rupii gotowi na serię zdjęć Nie wiem jak pan Heniu, ja poczułbym się lekko urażony w tym momencie, gdyby na miejscu tej pani stała moja żona. W każdym razie pan Heniu żadnych oznak zdenerwowania nie wykazał i zrobił swojej małżonce całą serię zdjęć z ładnym ptakiem.

Przed świątynią i na schodach do niej prowadzących robi się tłoczno. Miejscowi dowiedziawszy się o dużej grupie turystów w świątyni, spieszą szukać swojej szansy na zarobienie kilku rupii. Roi się od oferujących towary kobiet, od mężczyzn przebranych za kapłanów, pojawiają się dzieci wspaniale wymalowane i przebrane za hinduskie bóstwa. Do zdjęć pozują nawet kalecy ludzie, strasznie zdeformowani przez polio, które w Indiach wciąż zbiera swoje straszliwe żniwo. Z niesmakiem patrzę na osoby robiące im zdjęcia. Może jestem dziwny, ale raczej nie chciałbym znajomym po powrocie pokazywać takich zdjęć. Z Jolą z Poznania rozdajemy więc żebrzącym kalekom po 10 rupii, jednak nasze aparaty w tym momencie spoczywają w pokrowcach. Po chwili ruszamy dalej główną ulicą prowadzącą ze świątyni do Pałacu Miejskiego.

Niestety tu nawet dzieci muszą pracować Do pałacu dostajemy się największą z bram – bramą Tripolia. Ogrom pałacu robi na nas wrażenie. Górujący nad jeziorem zespół pałacowy jest największą tego typu budowlą w Radżastanie. Z pałacowych balkonów i tarasów rozciągają się niezwykłe widoki na jezioro i otaczające je góry. Na jednym z dziedzińców siadamy sobie ze znajomymi z Poznania na ławce, aby odpocząć, wykorzystując fakt, że pilot naszej wycieczki opowiada coś, co wcześniej już wyczytaliśmy w przewodniku. Szybko zostajemy otoczeni przez liczne w tym miejscu wycieczki Hindusów. A ja już zaczynałem martwic się, że po furorze jaką zrobiliśmy w Raj Ghat w New Delhi nasza popularność w Indiach słabnie. Jednak nie, wszyscy garną się do zdjęć. Ustawiają się za nami, przysiadają obok, błyskają flesze. Ja staram się nie robić głupich min, mając świadomość konieczności godnego reprezentowania Europejczyków. Jednak głupie niewyglądanie przychodzi mi z trudem. Zdecydowanie łatwiej i bez wysiłku przychodzi mi głupie wyglądanie na zdjęciach. Po pewnym czasie, gdy całe klasy ustawiają się wokół ławki do zdjęć grupowych, z czwórką wygłupionych Europejczyków zdajemy sobie sprawę, że od pewnego czasu nikt z nas nie widział nikogo z naszej grupy. Przypomina mi się zgubienie w twierdzy Mehrengarh w Dżodhpurze i robi mi się gorąco. Niczym Robert de Niro na czerwonym dywanie w Cannes ogłaszam lekko spanikowany, że proszę robić ostatnie zdjęcia, że to ostatnia minuta na zdjęcia. To tylko pogarsza sytuację. Wszyscy, którzy To tylko mały fragment Pałacu Miejskiegojeszcze sobie nie zrobili zdjęć, usiłują to zrobić natychmiast. Czyżbyśmy byli jedynymi Europejczykami chętnie pozującymi do zdjęć? Po tłoku na dziedzińcu przy naszej ławce wydaje mi się, że może to być prawda. Ruszamy na poszukiwanie naszej grupy. Na dodatek mamy świadomość, iż sami na każdym kroku przypominamy przewodniczce, że ma na nas nie zwracać uwagi, bo my zawsze trochę z tyłu się kręcimy i robimy zdjęcia. Dzięki temu po dwóch dniach od Dżodhpuru znów zgubiliśmy naszą grupę. Mija dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści minut a my przebiegamy kolejne dziedzińce i budynki pałacowe, a grupy ani śladu. Kierujemy się w stronę wyjścia, może tam uda się spotkać naszych. Przed wyjściem wielkie poruszenie. Straż pałacowa rozgarnia ludzi na boki, tworząc wolny przejazd. O radości! Wśród rozgarnianych turystów jest nasza grupa. Nie sądziłem, że kiedyś na ich widok poczuję takie szczęście. Po chwili wyjaśnia się, co takiego spowodowało akcję straży pałacowej. Otóż cały pałac szykowany był do ślubu syna maharadży – Udaj Singha II i właśnie przybywali goście zaproszeni na ślub. Dzięki temu możemy obserwować przejazd maharadży, jego syna i gości do części pałacowej, która nie była udostępniona dla turystów i w dalszym ciągu była miejscem zamieszkiwania rodziny maharadży. Na myśl o przejeździe orszaku maharadży ponosi mnie fantazja i szykuję aparat do uwiecznienia tego wydarzenia. Orszak okazuje się kolumną meleksów. Lekko opada mi szczęka i ręka z aparatem na ten widok. Pomimo tego, że w pierwszym meleksie jedzie sam maharadża, nie robię zdjęć. Nie tak sobie to wyobrażałem, ale przecież ekologia jest najważniejsza.

Słynne pałace na wodzie Pociechą jest fakt, że turyści z Europy mogą przejść ścieżką niedostępną dla grup turystów miejscowych, prowadzącą obok budynków pałacowych zamieszkałych przez rodzinę maharadży. Dzięki temu podziwiamy pięknie ukwiecone i przystrojone specjalnie na wesele budynki. Gdy mijamy pałacowy hotel, tuż obok nas swoich gości prowadzi sam szykujący się do ślubu Udaj Singh II. Grzecznie uśmiechamy się, lekko kiwając głową. Na szczęście nikt nie robi zdjęć - dzięki temu wychodzimy na prawdziwych światowców. Co tam jakiś syn maharadży.

Przed wejściem do autokaru, który podjechał pod bramy pałacu, podziwiamy jeszcze wspaniałe widoki na jezioro i pałac na wodzie. W tym momencie nie mam już wątpliwości, że Udajpur jest jednym z najpiękniejszych miast Indii. Rozumiem teraz pełne zachwytów opisy w przewodnikach. Jedziemy do muzeum lalek, po drodze zatrzymując się przy aptece, gdyż ktoś z naszej grupy potrzebuje jakichś medykamentów. Kilkuminutową przerwę wykorzystuję na kolejne zdjęcia. Urzeka mnie widok przed autokarem - dziwi mnie tylko, że nikt oprócz mnie nie wychodzi na zewnątrz. Widocznie inni mają już dość zdjęć. A przecież na chodniku wzdłuż całej drogi dzieją się rzeczy dla nas niezwykłe. Otóż tuż przede mną funkcjonuje całkiem sprawnie gabinet fryzjerski na świeżym powietrzu, z lustrem zawieszonym na murze. Klienci są, a czynszu płacić nie trzeba. Dodatkowo całe wyposażenie mieści się na małym motorku, którym do pracy dojeżdża fryzjer. Obok fryzjera jakieś straganiki, ludzie szukający pracy i starsza hinduska niezwykle widowiskowo otoczona piramidami owoców i warzyw. Zwykle nikt nie protestuje przy robieni zdjęć w Indiach, więc podnoszę aparat i się przymierzam do zrobienia zdjęcia. Przez wizjer widzę jednak groźną minę kobiety, która w dłoń chwyta sporej wielkości pomarańczę i celuje w moim kierunku. Grzecznie odkładam aparat, nie robiąc zdjęcia. Nasz kierowca Goldi obserwujący to przez przednią szybę autokaru zanosi się śmiechem i z tej radości trąbi kilka razy, wzbudzając zainteresowanie wszystkich pobliskich miejscowych. Krzyczy do mnie, że mam się nie bać i robić zdjęcie a pomarańczę zjeść, jeżeli kobieta rzuci. Ja nie mam jednak zamiaru drażnić straganiarki i postanawiam rozładować napięcie. Podnoszę leżący przy krawężniku kawałek drewna przypominający nieco kij do krykieta. Staję naprzeciwko kobiety wciąż ściskającej pomarańczę i daję znać, niczym zawodowy gracz w krykieta, iż ma rzucać. Miejscowi, wszak Hindusi szaleją na punkcie krykieta, reagują na to entuzjastycznie. Zbiera się spora grupka kibiców. Pani z zieleniaka nie jest już zła i też się śmieje. Jednak nie rzuca, stwierdziła widać, że na takiego gracza szkoda pomarańczy. Trochę mi smutno, mogłem stać się prawdziwym bohaterem. A tak pozostaje mi tylko tłumaczyć zebranym kibicom skąd jestem i czy u nas gra się w krykieta. Stwierdzam, że jeszcze muszę trochę potrenować, abyśmy z Indiami powalczyli. Nie wiem czemu wzbudza to salwy śmiechu. Te chwile chwały przerywa pani pilot wracająca z apteki. Czas wsiadać do autokaru.

To dlatego to miasto nazywane jest "Wenecją Indii"

Zwiedzamy teraz muzeum lalek. Zgromadzono tu w wielkiej liczbie lalki i maski z całych Indii, głównie przedstawiające liczne bóstwa. Jest też sala z lalkami z całego świata, które trafiły tu jako prezenty. Z radością stwierdzamy, że nasi też tu byli i jest lalka z Polski. Odbiór muzeum nieco Upalne popołudnieutrudniła fakt, że jego lata świetności chyba już dawno minęły. Muzeum rozpaczliwie woła o remont. Woła tak już chyba z dwadzieścia lat. Zresztą nie tylko o remont, o solidne posprzątanie też. Wszystkie eksponaty są tutaj strasznie zakurzone. Miejsce to spokojnie może reklamować się jako muzeum kurzu - jest go tu chyba więcej niż lalek. W sumie bardzo to dziwi, gdyż wszystkie dotychczas zwiedzane muzea i zabytki były znakomicie utrzymane, wręcz chciałoby się, aby zabytki w Polsce wyglądały tak, jak w Radżastanie. A tu taka niespodzianka. Zwiedzanie kończy spektakl, trzy krótkie scenki z lalkami w rolach głównych. Salka teatralna nie odbiega stylem od reszty muzeum. Siedząc na metalowych krzesłach stwierdzam, że jednak ma to swój klimat. Specyficzny klimat miejsca, które ostatnią dotację dostało dwadzieścia lat temu, a jednak trwa nadal.

Na deser po muzeum zostaje jeszcze spacer po parku miejskim. Jest cudowny. Wspinała roślinność, wielkie girlandy różnobarwnych kwiatów, fontanny i oczka wodne - taki widok na początku marca jest dla duszy jak balsam na obolałe członki. Pani pilot ustawia nas na chodniku przy wejściu do parku, dziwnie mokrym, i opowiada o tym, co zobaczymy. Na koniec prosi o głośne klaskanie. Okazuje się, że chodnik ten to fontanna reagującą na klaskanie. Z piskiem i radością uciekamy z pułapki. Na koniec spaceru, gdy wychodzimy już z parku, spotykamy grupę niemiecką, idącą w przeciwnym kierunku po znanym nam już chodniku. Postanawiamy odpłacić im za krzywdy II wojny światowej. Niemcy ze zdumieniem reagują na entuzjastyczne przyjęcie, jakie im zgotowaliśmy i prawdziwą burzę oklasków. Jest wesoło, gdy po chwili przekonują się, uciekając spod fontanny, dlaczego ich tak radośnie witamy. Nie mają jednak pretensji i uśmiechem odpowiadają na nasz psikus. Zamiast zemsty wychodzi pojednanie.

Późnym popołudniem wracamy do hotelu. Jednak dzisiaj kolacji nie zjemy w restauracjiZakład fryzjerski, wersja bezczynszowa hotelowej a pojedziemy na specjalnie przygotowany dla nas posiłek w jednej z najbardziej znanych restauracji Udajpuru. Miasto okazało się niezwykłe i zakończenie dnia jest również takie. Do restauracji otoczonej murem i palmami wchodzimy przez wielką bramę. Jest to restauracja pod gołym niebem w niewielkim parku. Stoły stoją pod drzewami wystrojonymi barwnymi lampionami. Uroczysty nastrój i podniosłość chwili psuje mi świadomość, że nasz kierowca z pomocnikiem zostali w autobusie. My tu się objadamy, słuchając muzyki zespołu grającego specjalnie dla nas, a oni siedzą w autokarze. Zresztą każdą noc spędzają w autokarze, ich pracodawca nie opłaca im hotelu ani wyżywienia na trasie objazdu. Chcąc się podzielić, dogadujemy się ze znajomymi z Poznania, że zafundujemy kolację Goldiemu i pomocnikowi. Pani pilot sprowadza nas jednak na ziemię. Co prawda podoba jej się nasz pomysł i jest nam wdzięczna, że pomyśleliśmy o Goldim, ale ani on, ani pomocnik nie mogą tutaj nawet wejść. Nie ta kasta. Nawet pieniądze nic tutaj nie pomogą. Zdecydowanie pogarsza mi to odbiór tej niezwykłej kolacji. Wywodzimy się z kraju, gdzie „szlachcic na zagrodzie był równy wojewodzie”, dlatego ciężko jest nam pogodzić się z taką nierównością. Sytuację poprawia nasza pani pilot. Wyraźnie wzruszona naszą propozycją wywalczyła, że kierowcę wraz z pomocnikiem wpuszczono kuchennymi drzwiami na zaplecze, gdzie również zostali poczęstowani jedzeniem. No tak, nie całkiem o to nam chodziło, ale to i tak sukces. Pierwszy, mały sukces walki z systemem kastowym. Nic więcej nie dało się zrobić. Ze spokojnym więc sumieniem pałaszuję kolejne podawane potrawy, siedząc przy stole w parku, pod drzewem z kolorowymi lampionami w sercu wielkiego, pięknego miasta, delektując się interesującą muzyką. Chwilo trwaj, jesteś piękna.

Park miejski zachwyca gdy u nas zima

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Ostatnie komentarze

  • profile
    http://2ndhomeblog.net: http://2ndhomeblog.net

    Czytaj więcej...

     
  • e-lusterko.pl
    Artykuł niczego sobie. Będę tu częściej

    Czytaj więcej...

     
  • Rafaello diTravelfan
    Hej ! Jestem świeżo po lekturze Twojej barwnej relacji z imprezy Kolory pustynnych ...

    Czytaj więcej...

     
  • http://signilight-
    Super artykuł! Dziękuję bardzo, na pewno wrócę.

    Czytaj więcej...

     
  • www.
    Nie do końca ze wszystkim się zgodzę, ale w gruncie rzeczy dobrze napisane i będę ...

    Czytaj więcej...

Gościmy

Odwiedza nas 114 gości oraz 0 użytkowników.

Newsletter