Indie - kolory pustynnych miast

INDIE - kolory pustynnych miast

Dzień X - Puszkar - HIPPISI W CIENIU ISHAL

Wyścigi ciężarówek firmy TATA Dziś budzę się z pewnym niepokojem. Nie wstaję z łóżka, leżę i zastanawiam się skąd u mnie ten niepokój. Zastawianie nie trwa zbyt długo. Niestety, szybko znajduję rozwiązanie tej kwestii. Otóż pojawił się Ishal. Ishal, którego z całego serca nie chciałem na tym wyjeździe widzieć. Robiłem wszystko, aby się nie pojawił. Byłem ostrożny. Byłem uważny. Nie pomogło. I oto zjawił się Ishal. Najgorsze jest to, że zawitał rano, gdy trzeba ruszać w drogę. Zwykle pojawiał się wieczorem, gdy była jeszcze szansa, by coś z nim zrobić. Idąc do łazienki, zaczynam żałować wczorajszego cudownego wieczoru w restauracji. I mojego obżarstwa. Karą za nie jest Ishal. A wyrok to surowy.

Wjazd do Puszkaru nie zachwycał Jeżeli drogi czytelniku zastanawiasz się czym jest Ishal, śpieszę z wyjaśnieniem. Otóż Ishal w języku tureckim oznacza biegunkę. Coś, czego w podróży należy się wystrzegać. A jest to coś, co bardzo lubi organizmy podróżników. Podróżnicy nie odwzajemniają jednak tej miłości. Zazwyczaj, gdy jada się tylko w hotelach i restauracjach oraz pije wodę butelkowaną, nie powinien nas dopaść. Teoretycznie, zawsze bowiem istnieje możliwość, że w restauracji do mycia warzyw lub owoców użyta została zwykła woda. O Ishal wtedy nietrudno. Wiele wyjazdów dzięki ostrożności udało się przeżyć bez takich wątpliwych przyjemności, m.in. Egipt, w którym zbiera całkiem pokaźne żniwo. Pierwszy raz dopadł mnie w Turcji, stąd już na zawsze zostanie dla mnie Ishalem. Strasznie utrudnił zwiedzanie Kapadocji, jednak nie poddałem się i dopiero wieczorem, po zwiedzaniu, dałem się odwieźć do szpitala w stanie już cokolwiek bardzo odwodnionym. Później zaatakował w Meksyku, na szczęście wieczorem. Noc spędzona w prywatnej klinice w Oxaca postawiła mnie na nogi, nie straciłem ani godziny zwiedzania, choć lekarze bardzo chcieli mnie zostawić na cały dzień. A teraz powrócił.

Jedyna w Radżastanie świątynia w stylu Indii Południowych Nie schodzę na śniadanie. I tak nie jestem w stanie nic przełknąć. Zaprzyjaźniam się w tym czasie z bardzo przytulną toaletą. Najbardziej przyjaznym w tej chwili dla mnie miejscem na świecie. W ruch idzie apteczka. Na pomoc śpieszą mi liczne medykamenty, którymi obdarzył mnie Przemek, mój kolega z pracy. Doskonały lekarz, szczególnie od podróżniczego Ishala (oczywiście nie tylko). Przemek wyposażył mnie w dwie apteczki, teraz przekonuję się, że warto je było targać przez te wszystkie dni. Po 60 minutach, gdy trzeba już iść do autokaru, z radością stwierdzam, że potrafię oddalić się od toalety na całkiem sporą odległość. Sytuacja w żołądku co prawda dalej bardzo niepewna. Udaje się jednak dojść do pojazdu i załadować bagaże. Siadam bardzo napięty. Zresztą napięcie to staram się utrzymywać, zwłaszcza napięcie pośladków. Ogromnie cieszy mnie informacja, że pojedziemy cztery godziny z tylko jedną przerwą, mniej więcej w połowie przejazdu. Nie ma to jak być człowiekiem w czepku urodzonym. Akurat musiało trafić na taki długi przejazd. To były cztery pełne skupienia godziny, czas głębokiej medytacji. Jednak po dotarciu na miejsce okazuje się, że Ishal odszedł. Zgubiliśmy go gdzieś po drodze. Czuję się lepiej. Nieco osłabiony, aczkolwiek ogromnie szczęśliwy. Niech żyje Przemek i przemysł farmaceutyczny. Niech żyje Polska. Żyjemy i zwiedzamy dalej.

Świątynie z Ghatami nad uzdrawiającym jeziorem Jesteśmy w Puszkarze. Niewielkim, ale bardzo ciekawym mieście. Puszkar liczy jedynie 11 tysięcy mieszkańców. Największą atrakcją miasteczka jest święte dla hinduizmu, dźinizmu i sikhizmu jezioro oraz liczne świątynie wybudowane tuż nad jego brzegiem. Tutejsze świątynie posiadają ghaty, co w dosłownym tłumaczeniu oznacza - stopnie. Ghaty to ciąg kamiennych stopni prowadzących do rzeki albo innego zbiornika wodnego. Powstały tutaj tak licznie, bowiem jezioro w Puszkarze uznane zostało za uzdrawiające i święte. I ja tę uzdrawiającą moc potwierdzam. Jeszcze nigdy tak szybko nie wyleczyłem się z Ishalu. I to tak skutecznie, że w Indiach już nie zaatakował ponownie. Największe ghaty znajdują się nad Gangesem, ale te w Pushkarze są równie znane. Wierni, schodząc po nich, dokonują w wodzie, modląc się, rytualnego oczyszczenia z negatywnej karmy. W odróżnieniu od Gangesu tutaj przynajmniej nie ma tłoku. W świątyniach, które odwiedzamy, jesteśmy sami. W spokoju możemy na ghatach pozbyć się negatywnej karmy. A miałem czego się pozbywać. Od rana nagromadziło się we Spokojny właściciel ulicznej smażalnimnie wiele negatywnych myśli. Moc jeziora w Puszkarze działa jednak i na mnie. Odzyskuję nawet apetyt i kolację tego dnia zjem z pełnym zaangażowaniem. W mieście zwiedzamy także ciekawą świątynię Rangji, jedyną świątynię w Radżastanie, którą wzniesiono w stylu architektonicznym charakterystycznym dla Indii południowych. Znajduje się tu także jedyna w Indiach - i jedna z nielicznych na świecie -  świątynia Brahmy. Nie można jednak wejść do niej z aparatem fotograficznym. Postanawiam zbojkotować miejsce wrogie fotografom. Oglądać coś interesującego i nie robić zdjęć, to nie dla mnie. Aby nie cierpieć, postanawiam odpuścić sobie wejście do świątyni.

Jeszcze do niedawna Puszkar był mekką hippisów. Jednak okazało się, że przenieśli się oni w bardziej spokojne tereny w pobliżu Nepalu. Co prawda jeszcze kilkunastu spotykamy na ulicach, ale zapowiadanych w przewodnikach tłumów hippisów już nie ma. Jest jednak niezwykły koloryt i nie ma czego żałować. Puszkar to jedyna atrakcja dzisiejszego dnia i dzięki temu możemy bez pośpiechu zaglądnąć w każdy zakątek. Popołudniem czeka nas tylko przejazd do Jaipuru i nocleg. Teraz jednak robię zdjęcia i nie myślę o tym, co jeszcze przed nami.

Świeży sok - orzeźwia i... przeczyszcza Niestety przy robieniu zdjęć ma miejsce mały zgrzyt. Na szczęście mały, choć mógł stać się większy. Dotąd wszyscy byli niezwykle życzliwie i przyjaźnie nastawieni do fotografujących. Nieraz niektórzy wręcz pozowali. A tutaj pech. Trafiam na kogoś, kto nie chce być sfotografowany. Pech, bo to zdjęcie jednak robię. Nie zauważam, że ten ktoś się zasłania gazetą, że macha rękami, że wygraża. W pełnym słońcu pstrykam przez wizjer i nie spodziewając się w Indiach takiej reakcji, ignoruję dziwne gesty fotografowanego osobnika. A to się mści, bowiem człowiek ten jest uzbrojony. Uzbrojony w wielką chochlę, którą miesza gorący tłuszcz, w którym na złocisty kolor smażą się ziemniaczki i placki różnego rodzaju. W odwecie za zdjęcie zaatakowany zostaję gorącym tłuszczem. Wolę uniknąć pobrudzenia ubrań lub co gorsza poparzenia. Rączymi podskokami omijam niebezpieczeństwo, umykając na druga stronę ulicy. Tłuszcz ląduje na bruku. Z bezpiecznej odległości pokazuję panu co myślę o takim zachowaniu. On pokazuje co myśli o moim. Zadziwiające, tyle nas dzieli, a myśli mamy podobne i nawet rozumiemy swoje wywody. Przynajmniej niektóre. Wymiana „uprzejmości” nie trwa długo. Ruszam dalej. Tyle jeszcze zdjęć do pstryknięcia. W sumie nie zrobiłem tego z premedytacją, jednak moja żona w to nie wierzy. W znacznie bliższym mi języku Zawsze warto myć ręceinformuje mnie, co myśli o takim zachowaniu. Na szczęście to jedyny podczas całego wyjazdu taki incydent. Mimo wszystko, już do końca pobytu w Indiach wszelkiego rodzaju smażalnie fotografuję z bezpiecznej odległości, z dala od pola rażenia tłuszczu. Do incydentu podchodzę ze zrozumieniem - nie ma hippisów, nie ma konopi indyjskich, nic dziwnego, że pan kucharz taki nerwowy był.

Po kilku godzinach ruszamy w kierunku Jaipuru. Nie muszę już skupiać się na utrzymywaniu napięcia i na powrót delektuję się mijanymi krajobrazami. Z każdym kilometrem jest zresztą coraz ciekawiej. Wjeżdżamy w tereny, na których wydobywa się granit. Wydobywa, ładuje na ciężarówki i rozwozi po całych Indiach. A jako, że jest to duży kraj (1,2 mld mieszkańców i drugie miejsce po Chinach) to i zapotrzebowanie jest duże. Wjeżdżamy w niezwykły świat. Świat kierowców – nomadów. Na poboczach kilometrami ciągną się miasteczka i parkingi dla ciężarówek czekających nieraz po kilka dni na zlecenie. Kierowcy śpią w kabinach, jedzenie gotując sobie na ogniskach rozpalanych przy samochodach. Wszędzie tysiące ciężarówek. Pełno także prymitywnych warsztatów naprawczych. Wiele samochodów naprawianych, spawanych jest po prostu na poboczu, w miejscu parkowania. Powoli zapada zmierzch i cały ten świat tysięcy ciężarówek, ognisk przy których siedzą kierowcy, snopów iskier od spawanych pojazdów wygląda niezwykle. Jak jedno wielkie obozowisko mających wyruszyć w pustynię nomadów. Zresztą wyprawa ciężarówką, która porusza się z prędkością 60 km na godzinę, z północy na południe Indii, z ładunkiem granitu to z pewnością wyprawa dorównująca przemierzeniu pustyni. Mieszkaniec PuszkaruKilka tysięcy kilometrów na indyjskich drogach to prawdziwe wyzwanie. Zadziwia sam sposób przewożenia granitu. Otóż wycięte fragmenty skał – zazwyczaj kwadraty lub prostokąty o bokach dochodzących do trzech, czterech metrów i ważące kilka ton - ładuje się na przyczepę, praktycznie bez zabezpieczenia, ufając, że taki ciężar sam się na naczepie nie przesunie. Chciałbym wiedzieć co stanie się z kabiną kierowcy przy jakimś czołowym zderzeniu. Właściwie to raczej nie chciałbym wiedzieć. Nawet wolę o tym nie myśleć. Ratuje ich chyba tylko mała prędkość przeładowanych ciężarówek.

Bez problemów dojeżdżamy do hotelu. Po porannych sensacjach żołądkowych kolacja smakuje wybornie. Staram się jednak nie przesadzić. Po posiłku z żoną oglądamy. Oglądamy, ale nie razem. Ja przyglądam się kolejnym meczom mistrzostw krykieta a żona obserwuje z tarasu przy naszym pokoju wesele, które tego akurat dnia ma miejsce w naszym hotelu. Właściwie w parku przed hotelem. Ja również na chwilę zerkam na nie z ciekawością. Gdy widzę pana młodego przybywającego na ślub w białym stroju na białym rumaku, wracam do meczu krykieta. Jestem rozczarowany – liczyłem na wjazd na słoniu co najmniej. Żona twierdzi, że jest pięknie i mam się lepiej nie odzywać i oglądać te głupie mecze. Oglądać trzeba. Rano muszę się przecież Goldiemu pochwalić, że obejrzałem. O tym, że osłabiony porannymi dolegliwościami przysypiałem co jakiś czas, już mu nie powiem.

Prawidłowo zaparkowany wielbłąd

Komentarze   

 
#1 jacekk 2011-09-24 10:31
Puszkar też nam się podobał. Zrobiłem z dwa okrążenia wieczorem i jedno rano wokół jeziora. Straszną ochotę miałem zajrzeć do tych świątyń na wzgórzach wokół miasta, ale czasu za brakło. Grupa wolała jechać na shoping
 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Ostatnie komentarze

  • profile
    http://2ndhomeblog.net: http://2ndhomeblog.net

    Czytaj więcej...

     
  • e-lusterko.pl
    Artykuł niczego sobie. Będę tu częściej

    Czytaj więcej...

     
  • Rafaello diTravelfan
    Hej ! Jestem świeżo po lekturze Twojej barwnej relacji z imprezy Kolory pustynnych ...

    Czytaj więcej...

     
  • http://signilight-
    Super artykuł! Dziękuję bardzo, na pewno wrócę.

    Czytaj więcej...

     
  • www.
    Nie do końca ze wszystkim się zgodzę, ale w gruncie rzeczy dobrze napisane i będę ...

    Czytaj więcej...

Gościmy

Odwiedza nas 113 gości oraz 0 użytkowników.

Newsletter